5 mar 2011

„Może tylko nam odchodzenie wydaje się straszne? Może bardziej cierpią ci, co zostają?” — Dorota Terakowska

Główny bohater: Brzoza
Bohaterowie poboczni: Bolesław Prus, Stefan Żeromski
Liczba słów: 758
Data powstania: 5.03.2011r.
Status: skończone
Wypadałaby jakoś zacząć, nie?
Najlepiej od samego początku, prostych faktów ogólnych – Genesis.
Wszyscy nazywają mnie drzewem. Brzozą dokładnie. Nie zachwycają się mną, tylko moim domem. Bo nie wiedzą, że JA nie jestem rośliną. Jestem istotą, a dokładniej duchem – duszą tego drzewa. Więc spokojnie możesz nazwać mnie Brzozą.
Ludzie mnie nie widzą. Chyba, że dzieci, ale one też kiedyś z tego wyrastają. Przestają zauważać mnie, wróżki, dusze, z którymi się kiedyś bawiły. Zaczynają iść z nurtem, „to, czego inni nie zauważają, tego nie ma”.
Dlatego po pewnym czasie nie chciałam się już z nimi bawić. Nie chciałam się cieszyć z ich obecności wiedząc, że za kilka lat po prostu przejdą obok mnie, nawet nie spojrzą. Nie zerknął. Ponieważ już nie widzą.
My, istoty magiczne, nie mamy, co zadawać się z ludźmi. Chociaż uwielbiamy, kiedy próbują nas dostrzec.
Pamiętam, że tu, w Nałęczowie, był kiedyś taki mężczyzna. Nie wiem jak miał naprawdę na imię, ale mówiono na niego Prus. Bolesław Prus. Jaki on był zabawny! Miał taki fikuśny rower, nie sposób było na tym jeździć. Jedno koło ogromne, drugie małe. Na początku wywracał się, co rusz. Ledwo, co wszedł i BAM! Ledwo powstrzymywałam się, by nie zanosić śmiechem w niebogłosy.
Później szło mu lepiej, choć wątpię czy o tym wiedział. Rzucałam mu małe kamyczki pod koła, więc raczej nie zauważał swoich postępów. Na jakiś czas zrezygnował z jeżdżenia. Musiałam znaleźć sobie inne zajęcie. Zganiałam ptaki z gałęzi lub straszyłam dzieci. Nie wiem.
Przypomina mi się, że kiedyś – po otrzymaniu pieniędzy za jakiś tekst – kupił sobie nową kurtkę. Taką ładną, modą w tamtych czasach. Jestem złośliwa, zrobiłam mu dziurę w kieszeni, ale on, jakby na złość mnie, nie zdenerwował się, nie zasmucił. Nosił tam cukierki, wypadały mu, a dzieci je zbierały. Wykorzystał mój żart do swoich korzyści!
Obraziłam się wtedy poważnie. Psułam mu siodełko, szturchałam by robił kleksy na czystopisach, wpuszczałam brudne koty do domu, a on nic!
Frustrował mnie. Nic go nie denerwowało, zawsze się szczerzył, ba! Odnosił sukcesy w tej swojej pracy. Zabrałam mu kiedyś jeden rękopis. Specjalnie, gdyż chciał przeczytać go jakimś kobietom.
-Nie ma – Przeglądał swoje zapiski, ale nic nie znajdował. – No cóż, widać tekst, nie będąc na tyle godnym, by się wam zaprezentować, uciekł. – Zaśmiał się.
Nie, nie, nie. To nie był normalny człowiek. Ale lubiłam na niego patrzeć. Jego powiedzonka, był taki zabawny. Przebywanie w jego towarzystwie było dla mnie oderwaniem się od mojej nudnej rzeczywistości.
Co miałam robić? Raz na jakiś czas pilnowałam, by w moim domu nie zalęgły się robaki, dbałam by psy go nie obsikiwały. I tyle. Nic więcej nie miałam do roboty.
Ale Prus nie był tu cały czas. Więc kiedy wyjeżdżał bawiłam się z Żeromskim.
Stefan Żeromski już nie był tak zabawny, ale łatwo było stworzyć z nim wiele zabawnych sytuacji. Miał swoją słodką chatkę, małą, przytulną. Biureczko, przy którym pisał. Komódkę. No i kilka innych rzeczy.
Raz próbowałam przeczytać jeden z jego tekstów. Nie udało mi się, ilość opisów mnie przytłoczyła. Oni wszyscy za bardzo skupiali się na opisach. Próbowali przekazać cały swój wymyślony świat jak najlepiej. Powiem, że nie wychodziło to dobrze.
W jego pokoju było małe łóżko. Czasami luzowałam deski, a Żeromski spadał w środku nocy na podłogę, bo jedna część łóżka mu się zapadła.
— Kto tu jest!? — Zawsze krzyczał, uprzednio zrywając się z łóżka i stając w pozie bojowej.
Tylko, że był trochę za stary by mnie zobaczyć. Oczywiście wiedziałam, że katem oka, jako dziwny cień, widzi mnie jak się z niego śmieje.
Jego syn, Adam, chciał mnie kiedyś narysować. Kreślił na kartce okrągłą buzię, jasne włosy (szkoda, że nie miął seledynowej kredki). Skórę na jego rysunku zawsze miałam żółtą, choć moja była złotozielona. I niebieska sukienka. Nie miałam możliwości by zdobyć kiedyś taką, ale bardzo chciałam. Ładnie to wyglądało.
Adama już nie zwalałam z konia, nie popychałam, nie niszczyłam mu ubrań. On mnie widział, ale nigdy nie rozmawialiśmy. I widział mnie zaskakująco długi czas. Do końca.
Na jego pogrzebie płakałam jak bóbr. Oczywiście na drzewie, z dala od innych, ale było mi smutno.
— Mogłam się przedstawić, zaprzyjaźnić… mogłam powiedzieć mu, że ładnie rysuje, że… że jest bardzo ładnym chłopcem, ale nic takiego nie zrobiłam… — wydmuchała nos w chusteczkę. — Po prostu bałam się sparzyć. Później, nie wiem, dlaczego, podsunęłam Prusowi breloczek z piramidką. Mały, zgubił go potem, ale nie byłam zła. Napisał jakąś powieść, „Faraon” bodajże. A Żeromski… do niego nie dało się dojść. — westchnęła. — Chodził po pokoju szukając tytułu, więc dmuchnęłam, a popiół wysypał się na podłogę. „Popioły”. Nigdy tego nie czytałam, ale jeżeli tak nazwał książkę, to… musiałam mu jakoś pomóc, nie?

2 komentarze:

  1. Brawa za osadzenie świetne osadzenie w kulturze i faktach. I za kreację duszka, który przypominał mi trochę Króla-Olch. I choć nie mogę się zgodzić, by opisy Żeromskiemu nie wychodziły na dobre, to rozumiem sens i kłaniam się w pół. A Prusowi proponuję zainwestować w kamizelkę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tekst pisany dla polonistki w gimnazjum zamiast wypracowania (bo były dowolne tematy) i wyszedł na tyle dobrze, że podciągnięto mi nawet za niego ocenę! Po tylu latach widzę, ile błędów w nim jest...
      Gdy go pisałam, jeszcze nie znałam Króla-Olch, więc możesz być pewna, że z niego nie czerpałam :) A opisy Żeromskiego są dla mnie bardzo ciężkie, więc stwierdziłam, że dla takiej prościutkiej Brzozy będą jeszcze gorsze (nie umniejszam Żeromskiemu, a skąd ;))
      Pozdrawiam, Niah.

      Usuń