Wyszukiwarka

Bezruch
Koncepcja: „Jakże kłopotliwa jest nienawiść bez wzajemności!” – Leszek Kumor
Fandom: Harry Potter, Czasy Huncwotów
Data opublikowania pierwszego postu: 18.11.2017r.
Główni bohaterowie: Regulus Black, Syriusz Black
Status: Nieskończone
Stara wersja: zobacz
Opis: Syriusz nie jest jednak typowym Ślizgonem: nie lubuje się w czarnej magii, nie marzy o zostaniu śmierciożercą, nie wygląda znaków wojny. Ba! On nawet nie wierzy w żadną wojnę, bo przecież ostatnia odeszła razem z Grindelwaldem i powinna zgnić wraz z nim w czeluściach Nurmengardu.
Regulus z jednej strony bardzo kocha swojego brata i przymyka oczy na jego nieślizgońskie zagrywki, z drugiej jednak nie potrafi udawać, że wszystko jest w porządku. Regulus wie, że nic nie jest w porządku, że coś dziwnego dzieje się między Ślizgonami i ma to związek z Tym, Którego Imię Jeszcze Wolno Wymawiać.
O tym, jak złe decyzje, źli przyjaciele i zła krew potrafią doprowadzić człowieka do destrukcji.


| 01. | 02. |
zacznij czytać wyjdź
Non omnis moriar
Koncepcja: „Nie wszystek umrę, wiele ze mnie tu zostanie (Poza grobem)” – Horacy
Fandom: Harry Potter, Czasy Huncwotów
Data opublikowania pierwszego postu: 6.07.2016r.
Data opublikowania ostatniego postu: 3.10.2016r.
Główny bohater: James Potter
Status: Zakończone
Opis:
Alternatywa. Lord Voldemort wygrywa pierwszą wojnę i przejmuje Ministerstwo razem ze swoimi śmierciożercami. Społeczeństwo składa się w większości z czarodziejów czystej krwi i nielicznych półkrwi, którzy sobie na to zasłużyli. W tej nieprzyjemnej rzeczywistości żyje też James Potter, urzędnik Departamentu Kontroli Nad Magicznymi Stworzeniami, który stara się okiełznać swoją nie-do-końca-nieżywą aurorską paranoję. Problem w tym, że aurorem jest się już na zawsze.

Pisane na potrzeby Wakacyjnego Wyzwania Literackiego na Mirriel.

zacznij czytać wyjdź
White Rabbit
Koncepcja: „Your magic white rabbit has left it's writing on the wall” – Egypt Central
Muzyka: White Rabbit Egypt Central, Looking Glass Hypnogaja
Fandom: Naruto, przyszłość
Data opublikowania prologu: 11.03.2013r.
Główny bohater: Christopher Thomas Redeyes
Status: Nieskończone
Opis:
Chris Redeyes w gruncie rzeczy ma nieskomplikowane życie. Ojciec zarabia na niego, siostra gotuje i robi drugie śniadanie, matki nie ma, więc nie zrzędzi, by posprzątał pokój, miłuje swojego PSa nad życie i jest popularny wśród dziewczyn. Ot, zwykły student drugiego roku medycyny, bez zmartwień.
A nie, zaraz, ma jedno. Dość niepozorne, przyszło do niego któregoś razu całe zakrwawione, uśmiechnięte i niebieskookie. Najgorsze jest jednak to, że nazywa się Uzumaki i całkiem nie ma poszanowania dla nowego Assassin's Creeda.

zacznij czytać wyjdź
Fanfiction
Tytuł: Pies ogrodnika
Data powstania: 30.01.2014r.
Fandom: Harry Potter, czasy Huncwotów
Główni bohaterowie: Regulus Black, James Potter
Opis:
Krótka miniaturka o zauroczeniu Jamesa Pottera do młodszego z braci Black, Regulusa, i tego konsekwencjach.
Tytuł: Nakrycie dla nieznajomego
Data powstania: 11.12.2014r.
Fandom: Harry Potter, czasy Huncwotów
Główni bohaterowie: Syriusz Black, James Potter
Opis:
Typowo świąteczna miniaturka o tym, że James ma brata, a ten brat brata, który nie jest bratem Jamesa. W skrócie.
Tytuł: Śmiertelny pocałunek
Data powstania: 8.04.2015r.
Fandom: Harry Potter, czasy Huncwotów
Główni bohaterowie: Regulus Black, Peter Pettigrew, James Potter
Opis:
Alternatywna historia Regulusa Blacka, w której ważną rolę odgrywa James Potter i Peter Pettigrew.
Tytuł: Odbicie
Data powstania: 27.06.2015r.
Fandom: Harry Potter, czasy Huncwotów
Główni bohaterowie: Regulus Black, Black Syriusz
Opis:
Bracia Black bardzo chcieli poznać swoich rodziców i znaleźć między sobą podobieństwa do nich, gdy byli młodzi. Z biegiem czasu niektóre rzeczy się zmieniły.
Tytuł: Wąż
Data powstania: 16.09.2015r.
Fandom: Harry Potter, czasy Huncwotów
Główny bohater: Black Syriusz
Opis:
Dość psychologiczne podejście do osoby Syriusza Blacka i tego, co w nim siedzi.
Tytuł: Narkotyk
Data powstania: 1.09.2015r.
Fandom: Harry Potter, czasy Huncwotów
Główny bohater: Black Regulus
Opis:
Jak zmarnować sobie życie w ciągu jednego szlabanu. Nie poleca, Regulus Black.
Tytuł: Złość
Data powstania: 21.12.2017r.
Fandom: Harry Potter, czasy Huncwotów
Główny bohater: Black Syriusz
Opis:
Co by się stało, gdyby Syriusz dowiedział się wcześniej, że Peter zdradził?
wyjdź
Miniaturki
Tytuł: Styczeń
Data powstania: 19.01.2013r.
Główni bohaterowie: Styczeń
Opis:
Styczeń jeszcze nie wytrzeźwiał po urodzinach Sylwestra, które wyprawiła dla niego Grudzień i nie kojarzy zbyt wielu faktów, które ktoś chce mu przekazać.
Tytuł: Dawno temu w Nałęczowie...
Data powstania: 5.03.2011r.
Główni bohaterowie: Brzoza, Bolesław Prus
Opis:
Brzoza jest duchem drzewa i mieszka w Nałęczowie, gdzie poznaje dwóch wybitnych, polskich poetów. Postanawia uprzykrzyć im życie.
Tytuł: Królestwo Anglii
Data powstania: 7.08.2011r.
Główni bohaterowie: Carlisse, Nuadha
Opis:
Wassex zostało zaatakowane przez Wilhelma I Zdobywcę i jego synów. Najstarszy z nich, Carlisse, porywa księżniczkę Cassandrę dla siebie. A przynajmniej tak mu się wydaje.
Tytuł: Łatka
Data powstania: 8.09.2013r.
Główni bohaterowie: Latie
Opis:
Każdemu zdarza się zaspać do szkoły. Nawet Łatce.
Tytuł: Paleta
Data powstania: 1.03.2014r
Główny bohater: Samael
Opis:
Samael tworzy paletę błękitów, przypisując każdy z nich do osób lub zjawisk.
Tytuł: Jak zabiłam moją współlokatorkę...
Data powstania: 24.12.2016r.
Główna bohaterka: Barbara/Żaneta Gruszecka
Opis:
Historia młodej dziewczyny, która właśnie zaczyna pracę w korporacji i przeprowadza się do „wielkiego” miasta ze swojej małej, zaściankowej wsi.
wyjdź
Inne
Fandom: Harry Potter
Pani Black: Pani Black
Powidok: I. Dym, II. Protokoły i rozkazy
Śmiech diabła: Jeden, Dwa, Trzy
Własne:
Awers i Rewers: Ledira, Safiel
Niekompletni: Niekompletni, Kiedy ojcowie wracają
Wodyn: Første
Opis:
Każda z zamieszczonych obok historii jest w stanie zawieszenia, niektóre nawet wiecznego. Są to pomysły, które realizowałam spontanicznie, bez głębszego ich przemyślenia, wtedy, gdy miałam trochę więcej wolnego czasu i nie potrafiłam go sobie zagospodarować. Wszystkich gorąco zachęcam do zapoznania się z nimi i wymierzenia mi solidnego kompniaka w cztery litery, by część faktycznie skończyć (szczególnie „Panią Black”, „Powidok” i „Niekompletnych”. Och, „Niekompletnych” to ja sama chcę doprowadzić do końca!). Wiecie, zawsze lepiej zostawić komentarz, a nuż sobie przypomnę o moich dawnych miłostkach...
wyjdź

Akinese – (niem. akinezja) bezruch, całkowite odrętwienie. W stanie tym człowiek nie odczuwa ani bólu, ani strachu.
Wikipedia

Moje prywatne podwórko pełne lepszych i gorszych tworów. Tych, które powinny ujrzeć światło dzienne oraz tych, które miały siedzieć głęboko w odmętach szuflady, ale nie wyszło.

Strony

Featured Posts

Popularne posty

Złość

NICK AUTORA ŻYCZENIA: Tauriel
TREŚĆ ŻYCZENIA: Czasy pierwszej wojny. Któryś z Huncwotów wykrywa, że to Peter jest szpiegiem. Pozostali początkowo nie chcą w to uwierzyć. Czy uda mu się ich przekonać i zmienić dalsze losy przyjaciół?
FANDOM: Harry Potter
LICZBA SŁÓW: 4733
TYTUŁ TEKSTU: Złość
INFORMACJE DODATKOWE: Droga Tauriel, życzę Ci wesołych, rodzinnych świąt bez narzekania wujków i ciotek, gdzie najesz się na cały następny rok, a pod choinką znajdziesz wszystkie prezenty, jakie sobie wymarzyłaś.
Podejrzewam, że mój prezent nie jest tym, czego się spodziewałaś, gdyż jak na tekst gwiazdkowy klimat ma, delikatnie mówiąc, grobowy, ale Wen tak chciał, więc cóż mogłam zrobić? Szczerze liczę, że Ci się spodoba!
W tym miejscu chciałam również podziękować moim kochanym betom, maxie i Katji. Bez Was ten tekst na pewno byłby dużo gorszy. Dziękuję za współpracę!

Syriusz chce uderzyć Remusa w twarz, w brzuch, tam, gdzie boli i gdzie zostanie ślad, ale tego nie robi. Oczywiście, że tego nie robi, Remus to w końcu jego przyjaciel, to dobry i poczciwy Luniek, sumienie, którego Syriuszowi czasem brakuje – nie mógłby go uderzyć. Ale chciałby, mocno, by został siniak, krwiak, brzydki i zapuchnięty, by mógł usłyszeć pod pięścią, jak pęka skóra, jak pęka kość, jak krew się leje po ręce – Syriusz bardzo chce skrzywdzić Remusa w tym konkretnym momencie za te okropne, obślizgłe słowa, które wydostają się z jego ust, a które przyprawiają Syriusza o mdłości.
– Peter zdradził.
Jak coś takiego mogło przejść Remusowi przez gardło? Jak mogło mu to najpierw przejść przez myśl, że Peter, Huncwot, przecież prawie jak brat dla Remusa…! Syriusz nawet nie jest w stanie tego powtórzyć we własnej głowie, tak jest wzburzony. Miota się po pokoju jak ranny pies zapędzony w kozi róg i warczący ostrzegawczo. Nawet jeżeli teraz nie chce zaatakować Remusa, podświadomie czeka na nieodpowiedni ruch z jego strony. Chce go zranić, potrzebuje tylko pretekstu, mrugnięcia, kolejnego słowa – czegokolwiek.
Syriusz bardzo chce wyładować na kimś swój gniew.
Remus jednak, jak na złość, siedzi na krawędzi fotela wyprostowany niczym struna. Nawet nie mruga, tak poważny jest, a Syriusz ma ochotę krzyczeć, nie tylko wewnątrz siebie, ale i na zewnątrz, że nie, to nie możliwe, nie Peter, nie ktokolwiek, nikt nie mógłby zdradzić – bo jak mógłby? Lily i Jamesa? Jak ktoś mógłby patrzeć na nich i być w stanie donieść temu parszywemu, okropnemu, okrutnemu i obślizgłemu szaleńcowi, gdzie są? Kto mógłby to zrobić, widząc chociaż raz Harry’ego, jego jasne oczy, niewinny uśmiech, i słysząc ten śmiech, który zdaje się rozjaśniać pomieszczenie.
Nikt nie mógłby. Syriusz to wie, że nikt nie byłby w stanie zdradzić, nie Potterów. A Remus – zdawałoby się, że jego dobry i poczciwy Luniek – mówi takie rzeczy, insynuuje, że Gryfon – Gryfon! – byłby w stanie zdradzić przyjaciół, rodzinę niemalże.
Chce uderzyć Remusa, ale zamiast tego jedynie łapie go za kołnierz i stawia agresywnie na nogi. Nie będzie mu, świnia, siedziała w fotelu i obnosiła się ze swoimi teoriami. Nie będzie na niego patrzyła, jakby nie mogła zrozumieć tego, że Syriusz nie wierzy. Jak sam mógł uwierzyć w coś takiego?
Remus jest spokojny, zbyt spokojny jak na kogoś, kto, podobno, dowiedział się o zdradzie przyjaciela. Zachowuje się tak, jakby nie miał uczuć, jakby był wypruty z emocji, jakby te cholerne wilkołaki (potwory obleczone w ludzką skórę) namieszały mu w głowie i zwiodły ze słusznie obranej drogi. Syriusz też kiedyś błądził, gdy był mały i głupi, i nie rozumiał różnicy między szlamą a mugolakiem, gdy jeszcze był na tyle dziecinny i ograniczony, że nie widział okrucieństwa własnej rodziny, gdy śmiał się z tego, jak głowa skrzata toczyła się po posadzce… Syriusz wie, jak to jest żyć w złudnym przeświadczeniu i tak samo wie, jak się go pozbyć.
Siłą.
Uderza Remusa, ale nie przynosi mu to ulgi. Remus wygląda, jakby się tego spodziewał, jakby przyszedł tutaj z myślą, że powie to, co powie – te obrzydliwe kłamstwa – dostanie w twarz i wyjdzie, jakby to było zwykłe, środowe popołudnie. To chyba tylko bardziej denerwuje Syriusza, bo uderza jeszcze raz, mocniej, aż boli go ręka, ale dalej nie czuje ulgi, nie czuje, jakby to miało cokolwiek zmienić, ponieważ mina Remusa dalej jest zacięta, dalej widać po nim, że nie rezygnuje, że te kłamstwa – kalumnie szeptane przez wilkołaki, potwory, może nawet samych śmierciojadów – dalej mocno tkwią w jego głowie. Chce go uderzyć po raz trzeci, z jeszcze większą siłą, z całym żalem i gniewem, jaki w sobie ma, ale to jest moment, w którym Remus zatrzymuje jego rękę i spluwa krwią na posadzkę.
– Udowodnię ci.
Syriusz nie chce, by cokolwiek mu udowadniano, by Remus mu pokazywał swoje wyssane z palca teorie, by je potwierdzał, by mącił mu głowie tak, jak mącono w jego własnej, ale nie może zaprotestować, Remus nie pozwala. Wciska mu w ręce skórę, paczkę fajek i wyciąga siłą z mieszkania. Czasami Syriusz zapomina o tym, że w tym wychudzonym, patykowatym ciele też siedzi bestia i to ona tak naprawdę teraz zaciska palce w żelaznym uścisku na jego ramieniu, nie Remus, nie jego delikatny i spokojny Remus. Idzie jednak, ponieważ z bestią nie wolno igrać, nie wolno jej denerwować i grać jej na nosie. Szczególnie, gdy dalej jest się człowiekiem i łatwo można samemu stać się bestią.
Idą na Pokątną, gdzie jest ścisk, tłok i smród spoconych ciał, w końcu mają lato, słońce nie praży zbyt mocno, ale w centrum miasta nie ma czym oddychać, tym bardziej, gdy staroświeccy czarodzieje noszą swoje eleganckie, czarne szaty i pocą się pod nimi jak świnie. Syriusz nienawidzi czasem swojego wrażliwego, psiego nosa i nie-psiego żołądka, który reaguje na zapachy skurczem i wymiotami. Nim wejdą na Nokturn, rzyga do najbliższego kosza długo i namiętnie, ponieważ minęli chwilę temu sklep z ingrediencjami, a z otwartych drzwi buchnął na nich odór stęchłego żabiego skrzeku. Syriusz nigdy nie lubił żab, płazów, ryb, oślizgłych stworzeń, więc rzyga ze złości, że jedno z nich doprowadziło go do tego stanu.
Remus nie masuje jego pleców. Stoi obok, nawet go nie dotyka i tylko czeka, aż Syriusz się uspokoi, by mogli pójść dalej. Łaskawie podaje mu chusteczkę, staromodną, materiałową, którą Syriusz wyciera usta i z premedytacją wrzuca do kosza, nie przejmując się niczym. Jest zły, zmęczony i ma migrenę, tylko jeszcze nie wie, od czego. Pewnie z nerwów.
Wchodzą na Nokturn, gdzie śmierdzi jeszcze gorzej, na szczęście Syriusz nie ma już czym wymiotować, a może nie ma już na to nawet siły, co jest zabawne, bo przecież jeszcze godzinę temu, zanim Remus wszedł i zaczął wygłaszać swoje farmazony, Syriusz czuł się wyśmienicie, jak młody bóg, który może góry przenosić. Teraz ma ochotę położyć się w kącie i zdechnąć, jak pies, ale wlecze się za Remusem dzielnie, ponieważ jakaś część jego chce wiedzieć, kto włożył te dyrdymały do głowy Lunia.
Zadziwiające, jak w ciągu godziny zmienił mu się światopogląd, że nie jest w stanie nazwać Remusa przyjacielem. Jakby wraz z tym nieszczęsnym zdaniem wykreślono mu to słowo ze słownika.
Syriusz ma chyba gorączkę, ponieważ buty ślizgają mu się na bruku, a on nie potrafi okiełznać swoich nóg na tyle, by nie stwarzać wrażenia pijanego. Nie jest pijany, był przygotowany na randkę z Marleną, jest właściwie nieprzyzwoicie trzeźwy i dobrze ubrany. Może dlatego ślizga się po tej uliczce, ponieważ glany zastąpił butami o drewnianych obcasach, które może i klimatycznie tupią, ale do niczego innego się nie nadają.
Gdyby Marlena go teraz zobaczyła, nigdy więcej by na niego nie spojrzała.
– Kocham cię, Syriuszu – mówi niespodziewanie Remus, zatrzymując się przy jakimś zatęchłym barze. Syriusz nie jest właściwie pewien, czy tak brzmiały słowa Remusa. – Jak brata. I tak samo kocham Jamesa. Dlatego ci to pokazuję, dlatego ci o tym mówię, wiesz? Bo was kocham i nie chcę, by coś wam się stało.
– Nie pierdol, Luniek, tylko pokaż mi, co masz mi do pokazania.
Syriusz boi się powiedzieć „ja też”, bo sam nie wie, co to znaczy. Nigdy nie mówił nikomu takich rzeczy, nawet Regowi, gdy jeszcze byli dziećmi i opowiadali sobie straszne historie po nocach, a później spali razem, wtuleni w siebie jak dwa szczeniaki. Może mógłby powiedzieć „kocham cię” Jamesowi, po alkoholu i bez świadków, a tym bardziej bez Lily Jamesa, chociaż nie jest pewien, czy by się na to zdobył.
Remus idzie z nim na tyły baru, gdzie śmierdzi zjełczałym olejem i szczynami, jakby wszystkie okoliczne pijaki chodziły odlać się właśnie pod tą ścianą. Syriusz stara się oddychać przez materiał koszuli, ale to niewiele daje. Migrena się wzmacnia, jakby jej siła wiązała się z miejscem, do którego ciągnie go Remus. To nie jest jego dzień, to nie są okoliczności, w których chciał się znaleźć, może dlatego jego ciało go zdradza.
Stają na tyłach baru i nim Syriusz uświadamia sobie, w jak wielu wymiarach jest złe to, co Remus robi, ten otwiera drzwi zaklęciem i wchodzi do środka. Syriusz oczywiście wchodzi za nim i wyciąga różdżkę, spodziewając się ataku z każdej strony – zresztą słusznego. Nie wchodzą do kuchni, jedynie przemykają na jej tyłach niezauważeni przez uwijających się kucharzy w stronę schodów. Im wyżej są, tym więcej głosów Syriusz słyszy i tym mniej mu się podobają, gdy prawie na samej górze w jednym zdaniu wychwytuje trzy razy „ten jebany Zakon”.
Remus zatrzymuje się i nie pozwala mu iść dalej. Jeszcze tylko jeden zakręt, kilka schodków i byliby na wprost pokoju, w którym siedzą co najmniej trzy osoby narzekające na działalność Zakonu, jednak Syriusz rozumie, że to byłoby głupie. Czają się więc i słuchają.
– Rookwood słyszał coś o Cardiff, że niby tam się chowają.
– W Walii? No tak, przecież nie ma miejsca w Anglii dla takich lunatyków jak oni. Niech wynoszą się ze swoimi szlamami do tych walijskich ścierw, a najlepiej do Irlandii.
– I niech zabiorą Birmingham ze sobą.
Śmierciożercy śmieją się między sobą, a Syriusz obserwuje mimikę Remusa. Sam nie czuje się Brytyjczykiem, urodził się i wychował w Londynie, więc nawet nie czuje się dokładnie Anglikiem, a jedynie londyńczykiem, tyle że Remus jest Walijczykiem, a oni właśnie obrazili wszystkich Walijczyków, i na swój sposób Syriusz również czuje się obrażony. Remus jednak milczy i nie reaguje, więc to samo robi Syriusz – nic.
– Ale myślę, że to jednak trochę ściema, bo wiecie, aurorzy z nimi współpracują, a sowa z Walii swoje leci. Myślę, że są gdzieś bliżej, może nawet w samym biurze aurorów. Zbyt płynnie się z nimi kontaktują.
– Pieprzone krety. Gdy Czarny Pan dojdzie do władzy, pozbędzie się tych wszystkich szkodników. Nie będą nam więcej wchodziły w drogę.
– Jak na razie to Czarny Pan jest zajęty czymś, co mu ta półszlama i szczur gadają do ucha. Nawet Crouch wygląda, jakby nie wierzył w te bajeczki i brał Czarnego Pana za paranoika, a to jest wyczyn.
Syriusz mimochodem zaciska palce na różdżce. To żaden dowód, szczurem może być każdy, prawdopodobnie ci śmierciożercy nawet nie wiedzą, że Peter jest animagiem, ale jego podświadomość wysyła mu pierwszy sygnał, że coś jest nie tak, że może Remus nie kłamał, że może, może, może ich zdradzono z najbardziej delikatnej strony, jaka istnieje – emocjonalnej.
– Trzeba będzie im przypomnieć, że nawet jeżeli teraz Czarny Pan się nimi interesuje, to nie stawia ich na równi z nami. To, co od nas dostaną, to ochłapy, nawet jeżeli pracowaliby dziesięć razy gorzej niż my.
– Powiem wam, że Snape’a, jak cię mogę, da się tolerować jako-tako, ale tego szczura, który kabluje na własnych przyjaciół, to najchętniej bym się pozbył, bo skoro ich zdradza, czemu miałby nas nie zdradzić?
– Wiesz, my jesteśmy mniej ufni niż Potter i ten niedorobiony Black. Nie wierzymy w wolność, równość i braterstwo tak ślepo, jak oni.
Remus patrzy na Syriusza hardo, jakby chciał powiedzieć „a nie mówiłem?”, jednak Syriusz nie chce oglądać tego spojrzenia. Wzrok ma utkwiony w swojej własnej różdżce i czuje to, czuje, jak się w nim nawarstwia i rośnie, prawie że zabierając mu oddech – gniew. Jest wściekły i ma ochotę coś zniszczyć. Ma ochotę wejść tam na górę, do śmierciożerców, i ich zabić, jednego po drugim, jednak tego nie robi, ponieważ Remus stoi mu na drodze, jasno dając do zrozumienia, że usłyszeli to, co mieli usłyszeć.
Z drugiej strony Syriusz zastanawia się, skąd Remus mógł wiedzieć, że śmierciożercy będą mówić akurat o Peterze, akurat wtedy, gdy przyjdą. I już nawet ma o to zapytać, warknąć, wyciągnąć prawdę z tego chuderlawego, ale niespodziewanie silnego ciała, gdy słyszy kroki za plecami, a kiedy się odwraca, widzi cień pełznący po ścianie. Cień szybko ginie w mroku, a u podnóża schodów staje Peter, pulchny, lekko ciapowaty Peter, który spogląda prosto na nich i przez chwilę wygląda, jakby był zaskoczony ich obecnością.
W następnej chwili jednak zrywa się i biegnie do wyjścia, a Syriusz czuje, że tylko na to czekał, na jakiś sygnał, który pozwoliłby mu na impulsywną reakcję podszytą agresją. Nawet nie zwraca dokładnie uwagi na to, że przemienił się w psa i jako pies goni Petera. Nie liczy się sposób, liczy się efekt, a w tej postaci Syriusz czuje wręcz euforyczne zadowolenie z gonitwy. Jest psem i ma swoją zdobycz, która przed nim ucieka.
Peter nie wybiega na główną ulice, nie zdąża. Syriusz skacze na niego tuż przed końcem uliczki i powala na plecy. Nawet z psim umysłem śmieje się z durnego, małego Petera, który z przerażenia zapomniał, jak się teleportuje. Syriusz niczego nie zapomina. Gryzie i szarpie, ciągnie z powrotem w głąb uliczki, przeciąga Petera po brudnym bruku, a później tak długo szarpie jego lewą rękę aż widzi krew, mięso i mroczny znak poprzez porwany materiał szaty. Wściekłe warknięcie wydobywa się z jego gardła, gdy patrzy na zapłakaną twarz Petera. Czuje jego krew na języku i ona sprawia, że nie może się skupić na niczym innym niż gniewie. Ma ochotę zagryźć Petera, tu i teraz.
Jest tak przejęty warczeniem na niego i wbijaniem wściekłego spojrzenia w te rozbiegane paciorkowe oczy, że nie zauważa różdżki, którą Peter wyciągnął z szaty. Gdy Conjunctivitis trafia w niego, a dokładnie w oczy, wyje z bólu tak głośno, że jego samego bolą uszy. Nic nie widzi i miota się jak w amoku, ponieważ go boli, tak okropnie boli, jakby ktoś mu wciskał rozpalony pręt w głąb czaszki, jakby go przypalano żywcem, boli tak mocno, że gdyby mógł, posikałby się z tego bólu, jego ludzkie „ja” na pewno.
– Syriuszu! Syriuszu, uspokój się!
Czuje ręce Remusa na swojej sierści, ale zamiast skupić się na nich, na prochowcu przesiąkniętym deszczem, na zapachu czekolady, który unosi się wokół Remusa, jego umysł jest w stanie skupić się tylko na tym dzikim wrażeniu, które otacza cała postać Lunatyka, które Syriuszowi-psu każe podkulić ogon i uciekać. To bestia, która żyje pod skórą Remusa, przeraża psa i póki Syriusz nie odzyska nad nim kontroli, miota się i wyje z bólu.
Remu zamyka go w szczelnym uścisku, nic nie robiąc sobie z pisków i skomlenia, i nawet jeżeli w pierwszym odruchu Syriusz chce jedynie uciekać, to po chwili się przysuwa bliżej, szukając ciepła i współczucia. Ból mija, Peter go tak naprawdę nie skrzywdził, nie przeciął mu gałek ocznych, nie wydłubał ich, a jedynie sprawił takie wrażenie. Syriusz potrzebuje chwili, by się uspokoić i zebrać myśli, więc skupia się na tej czekoladzie, którą czuć nawet w Remusowych włosach.
– No już, już. Nic ci nie jest. Uciekł, ale go znajdziemy i wtedy będziesz mógł z nim zrobić, co będziesz chciał. No już, Syriuszu, uspokój się, bo twoje biedne, psie serce zaraz pęknie.
Syriusz stara się go słuchać i uspokaja się po trzech głębszych wdechach, a po kolejnych dwóch wraca do swojej naturalnej postaci. Czuje, że jest cały mokry i czuje aż nazbyt wyraźnie smród moczu. Najgorsze jest jednak zażenowanie, jakie z tym wszystkim przychodzi, a obecność Remusa wcale nie pomaga. Tak samo jak to, że on też to wszystko prawdopodobnie czuje. Dopiero gdy do jego zmęczonego umysłu dochodzi, że nie jest mokry, a spocony z nerwów, a śmierdzi moczem od zaułka, a nie od niego, uspokaja się całkowicie.
Teleportują się więc z powrotem do Syriusza, gdzie ten bierze kąpiel, długą i pachnącą, a spodnie wraz z przypadkowymi ubraniami z kosza wkłada do pralki, by pozbyć się z nich tego okropnego zapachu. Gdyby wymazanie go z głowy było takie proste jak pranie.
Gdy przychodzi do Remusa jedynie w ręczniku, dalej cały mokry, chory i blady, Remus już siedzi z herbatą i przygląda się ludziom za oknem. Coś się w nim zmieniło, od kiedy wrócił od wilkołaków, Syriusz widzi to dokładnie, tę dziwną ostrość, ciszę, większe wyobcowanie, i się martwi, ponieważ jeżeli Peter się zmienił na tyle, by zdradzić, to na ile się zmienił Remus, by ta zdrada go w ogóle nie poruszyła? I na ile powinien zmienić się on, Syriusz, by sobie z tym poradzić?
– Musimy go zabić.
Syriusz wolałby się deportować sam, w końcu James to jego brat, to jego kocha najbardziej, ale wie, że bez Remusa niewiele będzie mógł powiedzieć – a może po prostu szuka pretekstu, by wydobyć z Luńka te wszystkie informacje o śmierciożercach i ich miejscach spotkań. Tak czy inaczej, deportują się w gdzieś na tyłach kościoła, jedną nogą prawie na cmentarzu, i idą w stronę domu Potterów. Syriusz powinien się cieszyć na myśl o zobaczeniu Harry’ego, ale czuje jedynie ucisk w żołądku.
Boi się o niego i ten strach sprawia, że pocą mu się ręce.
Odwraca się w stronę Remusa, który wygląda, jakby zestarzał się o kilka lat od rana. W Syriuszu coś się kruszy, prawdopodobnie pozostałości po jego wcześniejszym gniewie, bo teraz widzi, dokładnie, wyraźnie, że Remusa jednak zdrada Petera ruszyła. Że odebrała mu część wiary w ludzkość i w dobro na świecie, którą każdy Gryfon pielęgnował w swoim sercu.
Zdrada Petera – brzmi niczym tytuł poematu.
– Remmy? – zagaduje go cicho, jakby bał się, że Remus jeszcze bardziej zapadnie się w sobie. – Co się dzieje?
– Boję się, że nam nie uwierzą. Jak ty na początku – wyznaje. – Nie brałem tego wcześniej pod uwagę, myślałem, że będziesz najtrudniejszą do przekonania osobą, ale jak teraz o tym myślę… Co, jeśli nam nie uwierzą?
Syriusz odwraca od niego głowę i wgapia się w swoje buty, zastanawiając się nie tyle co, ale jak odpowiedzieć. Muszą im uwierzyć, James musi mu uwierzyć, przecież Syriusz jest jego bratem, nie krwi, ale duszy, bratem duszy – nie okłamałby go. James mu uwierzy, a Lily uwierzy Jamesowi. Ale jak to powiedzieć?
– Będzie dobrze – mówi jedynie, bo nie wie, co więcej dodać.
Gdy dochodzą, puka do drzwi Potterów, a w momencie, w którym drzwi się uchylają, uśmiecha się słabo do Lily, która wygląda koszmarnie w żółtym, szczególnie w kanarkowym żółtym, ale jej tego nie powie, ponieważ ona wręcz promienieje na ich widok, a on nie chce jej psuć humoru. To też nie jego sprawa, co nosi żona Jamesa i jak w tym wygląda. Nie jemu ma się podobać.
Ledwo wchodzi do środka, a już idzie – a raczej tupta – do niego mały Harry. Ma niewiele ponad roczek, ale to nie przeszkadza mu cieszyć się na widok swojego ulubionego wujka. Co z tego, że jego wujek ma grubo ponad roczek, on też zawsze cieszy się na widok tego brzdąca, a od środka rozgrzewa go dziwne, nieznane ciepło. Tłumaczy sobie te wszystkie dziwne zachowania własnego ciała tym, że ma do nich pełne prawo jako ojciec chrzestny. Zaraz też porywa Harry’ego w ramiona i przez chwilę czuje się tak, jakby wcale nie wywrócono mu świata do góry nogami, jakby nie liczyło się poza nim i tą roześmianą buzią, i rączkami, które ciągną go za włosy.
– Łapa! Gdzieś ty znalazł Lunatyka? Remus, słowo daję, wieki cię nie widziałem…
Syriusz z trudem odrywa się od Harry’ego i patrzy, jak James klepie Luńka po ramieniu. Zmęczone rysy Remusa przypominają mu, po co tutaj są, jaki mieli cel w odwiedzeniu Potterów i czemu jest tak ważne, że nie może poczekać.
– Rogaś – mówi miękko, jakby sam bał się, że to, co powie, może skrzywdzić Jamesa. Oczywiście, że skrzywdzi, nie fizycznie, a psychicznie, tyle że Syriuszowi się do tego nie spieszy. – Możemy pogadać w salonie? Nie tak w progu niemalże…
James wie, że Syriusz średnio dba o konwenanse. Syriusz też to wie, dlatego ich używa do zasygnalizowania, że sprawa jest poważna. Znają siebie na wylot i wystarczy im chwila, by wyczytali z własnych oczu, że coś jest nie tak. Gdy James spogląda na twarz Syriusza, już wie, że to, co usłyszy, go nie ucieszy. Mimo wszystko się uśmiecha i obejmuje Syriusza ramieniem tak, jakby chciał mu dodać otuchy.
Syriusz nie puszcza Harry’ego nawet wtedy, gdy zapada się w miękkim, czerwonym fotelu. Nie żeby chłopiec sam chciał zejść – odkrył nowe suwaki na kurtce wuja i z zapałem godnym odkrywcy począł się nimi bawić.
– Więc? O co chodzi?
Jedynie Lily jest nerwowa, a raczej nie potrafi tych nerwów ukryć. Trzęsą się jej ręce i szybko tupie nogą, jakby nie umiała nad nią zapanować, a jej wzrok biega od Syriusza do Remusa i od Remusa do Syriusza, jakby to miało miało zmusić ich do mówienia, jakby w ogóle trzeba było ich zmuszać do czegoś. Nawet uspokajająca dłoń Jamesa na nią nie działa.
Syriusz przełyka gęstą ślinę, gęstszą niż chwilę wcześniej. Jego ciało go dzisiaj zawodzi, jakby – wbrew umysłowi – nie chciało uwierzyć w nic, co się stało.
– Peter jest śmierciożercą.
James wybucha śmiechem. Jest tak niespodziewane, że nie tylko Syriusz, ale i Remus podskakuje na swoim miejscu. Wpatrują się obaj w Jamesa, śmiejącego się Jamesa, który wygląda, jakby miał się zaraz popłakać, cała jego sylwetka się trzęsie w spazmach, nie może powstrzymać tego szczerego, głośnego śmiechu, a wraz z nim śmieje się i mały Harry, a do nich po chwili dołącza i Lily, która nie wie, dlaczego się śmieje, ale skoro James i Harry tak robią, to i ona.
Syriusz się nawet nie uśmiecha. Czeka, aż się uspokoją, wszyscy troje. Jest poważny, może nawet poważniejszy niż chwilę wcześniej, może nawet bardziej niż w momencie, w którym zaproponował zabić Petera.
James sie uspokaja.
– Po co?
Syriusz mruga.
– Co?
– Po co Peter miałby być śmierciożercą? Jaki miałby w tym cel? Syriuszu, jesteśmy jego przyjaciółmi, jedynymi, jakich ma. A tam? Co czeka na niego po drugiej stronie?
– Nie wiem, co na niego czeka – wtrąca Remus – ale widzieliśmy go dzisiaj. Ma mroczny znak i zaatakował Syriusza Conjunctivitisem.
James kręci głową z niedowierzaniem. Co więcej, Syriusz wie, że James spodziewa się puenty w postaci żartu. Zna go na tyle, by dać sobie rękę obciąć za to, że Rogacz nie traktuje ich w tym momencie ani trochę poważnie. Że, starym zwyczajem, przygotowuje się na najlepszy dowcip tego roku, bo przecież to Syriusz i Remus w normalnych okolicznościach by zrobili, gdyby to były normalne okoliczności. Prawda uderza Syriusza niczym lodowate ostrze.
James mu po prostu nie wierzy.
Przyciska do siebie mocniej dziecko i wstaje. Chce wyjść z salonu i zaszyć się z Harrym gdzieś z dala od nich, od Jamesa, który go zdradził, nie tak jak Peter, ale równie boleśnie, zdradził go emocjonalnie, przerwał całą ich braterską więź, którą budowali tyle lat. Chce się zaszyć z dala od Remusa, który zniszczył całkiem ten dzień i z dala od Lily z jej okropną sukienką. Zatrzymuje się jednak z drzwiach i odwraca do nich.
– Naprawdę uważasz, że żartowałbym sobie z czegoś takiego? – pyta, patrząc Jamesowi hardo w oczy.
Nie otrzymuje jednak odpowiedzi. Dwa duże okna w salonie, wychodzące na ogródek przed domem, pękają w tym samym momencie, a pokój wypełnia ciemna chmura. Syriusz na moment traci z oczu przyjaciół, by po chwili zauważyć, że w salonie pojawiło się co najmniej pięciu śmierciożerców. Sam cofa się kilka kroków w tył i wyciąga różdżkę. Harry płacze mu w kołnierz.
Peter zdradził, Peter zdradził, Peter zdradziłzdradziłzdradził.
Nie wie, jakich klątw używa, ale wie, że działają. Zawsze, gdy walczy, przestaje myśleć o nazwach zaklęć, po prostu wyobraża sobie efekt, a magia przechodzi sama przez niego, by znaleźć ujście na końcu różdżki. Syriusz kocha tę adrenalinę, która towarzyszy pojedynkom, nienawidzi jej jednak łączyć z przerażeniem – przecież Harry tutaj jest. Może oberwać, coś może mu się stać, coś może sprawić, że z tej małej głowy spadnie kilka włosów, coś może go zranić tak mocno, że już nigdy nie będzie jego małym i słodkim chrześniakiem.
Wbiega więc na schody, by uniknąć kilku szybkich zaklęć i wtedy słyszy, głośno i wyraźnie:
– TELEPORTUJ SIĘ!
Głos Jamesa jest słyszalny w całym domu i Syriusz nie ma wątpliwości, że chodzi o niego. Waha się jednak, bo przecież cała jego rodzina, którą zdążył sobie uzbierać od ucieczki z domu, jest w salonie i walczy o życie. Nie chce jej zostawić, nie powinien, Gryfon by tak nie zrobił.
Płacz Harry’ego się nasila i Syriusz decyduje się aportować w momencie, w którym z salonu wybiega jeden ze śmierciożerców.
Upada ciężko na podłogę własnego mieszkania, a Harry nie przestaje płakać. Nie ma czasu na uspokojenie go. Wyciąga torbę z szafy, pakuje do niej wszystkie eliksiry, jakie ma w szafce, wypłacone z Gringotta galeony i mugolskie funty, wrzuca kilka pierwszych ubrań, jakie nasuwają mu pod rękę, i teleportuje się ponownie. Jest święcie przekonany, że Peter wraz z adresem Potterów podał śmierciożercom i jego adres.
Peter zdradził, Peter zdradził, Peter zdradziłzdradziłzdradził.
Deportuje się do Yorku, którego szczerze go nie znosi ze względu na akcent mieszkańców, a raczej na akcent własnego ojca, który pod wpływem alkoholu mówił z akcentem z Yorkshire. Syriusza, mówiącego w końcu w RP1, jak na rodzinę prawieże królewską przystało, strasznie ten sposób zaciągania irytował. Ma to szczęście, że przez te kilka lat nauczył się trochę w ten sposób zaciągać.
Wybiera hotel ani nie za drogi, ani nie za tani. Recepcjonistka patrzy na niego podejrzliwie, widząc, że Syriusz nie może uspokoić Harry’ego, ale ją ignoruje. Głupia pinda nie ma prawa go oceniać. Zabiera klucze, wchodzi do windy i jedzie na piąte piętro. Śpiewa Harry’emu swoje rockowe piosenki, ponieważ nie pamięta żadnych magicznych wierszyków – całkiem jakby wyparowały mu z głowy. To nic, powtarza sobie, bo Harry i tak nie rozumie, co do niego śpiewa, ważne, by śpiewał, by się rymowało.
Wychodzi na odpowiednim piętrze, znajduje swój pokój i wchodzi do środka. Zanim pomyśli choćby o tym, by usiąść, nakłada wszelkie tarcze, jakie zna, a dopiero później wyciera policzki chrześniaka. Harry jest wręcz napuchnięty od płaczu, więc Syriusz siada z nim na łóżku i tuli tak długo, aż chłopiec się uspokaja. Trwa to prawie nieskończoność, bo nie ma takiej wprawy jak Lily czy choćby James, ale w końcu mu się udaje za jednym zamachem nie tylko powstrzymać płacz, ale i uśpić chrześniaka.
Układa Harry’ego między poduszkami, bo tak kiedyś robiła Lily, by się nie sturlał czy coś i postanawia się rozebrać z glanów i skóry. Jest mu duszno, ale nie otwiera okna, bojąc się, że przeziębi dziecko. Migrena wręcz rozsadza mu głowę i jedyne, o czym jest w stanie myśleć, to chęć sięgnięcia po papierosa. Jak na złość żadnego nie ma pod ręką.
Przeczesuje drżącymi z nerwów rękami własne włosy. James przeżył, Lily przeżyła, Remus przeżył, powtarza sobie w myślach, by się uspokoić. Nie może być inaczej, nie wyobraża sobie tego inaczej.
Syriusz sam by się zabił, gdyby oni nie przeżyli.
Spogląda z błyskawiczną refleksją na śpiącego Harry’ego, który wygląda tak niewinnie, jak może wyglądać roczne dziecko, i przełyka ślinę.
Sam by się zabił, gdyby oni nie przeżyli, ale Harry.
W porannych wiadomościach mugoli, których słucha w hotelowym radiu, oznajmiają, że niedaleko Brixton był pożar, w którym zginęły trzy osoby. Policja stara się zidentyfikować ciała. Nie wiadomo, jak doszło do pożaru. Sąsiedzi wspominają o dziwnej, zielonej chmurze, która unosiła się ponad domem, gdy szalał ogień. Policja jeszcze nie ustaliła…
Syriusz wyłącza radio i ukrywa twarz w dłoniach. Nie czuje nic, jakby całkowicie wyzuto go z uczuć, jakby jego serce nie było zdolne do bicia, a tym samym do odczuwania. Jakby stał się martwy jeszcze zanim umarł.
Gdzieś obok Harry pije swoje mleko, które Syriusz dla niego kupił z rana, razem z szybkim śniadaniem dla siebie. Chłopiec jest spokojny. Trudno mu się dziwić, skoro nie wie, że właśnie został sierotą.
Syriusz też czuje się tak, jakby go osierocono.
– Nie – mówi sam do swoich myśli i przyciąga chłopca do siebie. – Nie jesteś sierotą, Harry. Masz mnie. Wszystko będzie ok, wiesz? Bo obiecałem twojemu tacie, że choćby nie wiem co, ale zajmę się tobą. I tak zrobię. – Głaszcze chłopca po głowie. – Wiesz, Harry, sam chciałbym zabić Petera. Wgryźć mu się w krtań i ją rozszarpać. – Chłopiec nie jest przerażony jego słowami, ponieważ ich nie rozumie. Skupia się jedynie na spokojnym głosie swojego wuja. – A najlepiej torturować go wcześniej, by cierpiał, by wiedział, co to za ból, który teraz przeżywamy my dwaj. O tak, chciałbym tego…
Na chwilę musi przerwać, ponieważ żądza zemsty jest jedynym, co go obecnie porusza, co go zmusza do działania. Bierze kilka głębszych oddechów, by się uspokoić. Nie może dać się ponieść emocjom.
– Ale tego nie zrobię, bo ktoś się tobą musi zająć, Harry. Ktoś musi ci powiedzieć, jak świetnymi ludźmi byli twoi starzy, byś wiedział, że miałeś najfajniejszych rodziców na całym świecie. – Głaszcze policzek chłopca. – Ktoś ci musi opowiedzieć wszystkie historie o naszych wyczynach w Hogwarcie, o tym, że nawet jeżeli ktoś jest wilkołakiem, to nie znaczy, że jest zły i o tym, że prawdziwi przyjaciele nie zdradzają – podkreśla. – Nigdy. A gdy już będziesz to wszystko wiedział i zostaniesz takim super czarodziejem jak ja i twój tatko, wtedy pomożesz zabić mi tego obrzydliwego szczura, który zniszczył całe nasze życie.

1RP jest to najbardziej poprawna wersja akcentu angielskiego, nazywana często akcentem Królowej, ponieważ w samej Wielkiej Brytanii poza rodziną królewską posługuje się nim niewiele osób. Gdyby ktoś chciał sobie doczytać, artykuł z angielskiej Wikipedii.
Dalej » Brak komentarzy
+ + + + +

[BEZRUCH] 02.

REGULUS


3.

Teraz, 1981, Anglia, Swindon

Syriusz przyjął na siebie całe uderzenie o taflę wody i momentalnie zwiotczał. Regulus czuł, jak uścisk rąk brata wokół niego osłabł, gdy tylko znaleźli się w lodowatej rzece. Zalała ich zewsząd zimna, przechodząca ciało na wskroś woda. Zaburzyli sobą prąd rzeki, wykonali kilkanaście obrotów na tyle szybkich, że Regulus już nie wiedział, czy nad nim jest powierzchnia, czy toń, a może ani jedno, ani drugie. Nigdy nie bał się wody, ale tym razem, gdy z całych sił walczył z nurtem i nie był pewien, czy w ogóle uda mu się wygrać, słyszał w uszach dudnienie swojego przerażonego serca.
Nie mógł pozwolić sobie na panikę. Ktoś musiał wyciągnąć ich na powierzchnię. Ktoś musiał się nimi zająć. Regulus trzymał się kurczowo brata i czuł, że ten nie reaguje na nic, co się z nimi dzieje. Nie mógł pozwolić mu utonąć.
Spiął wszystkie mięśnie, chwytając mocniej Syriusza, i wypłynął z bratem na powierzchnię. Łapczywie zaczerpnął oddechu, jakby za chwilę znów miał się znaleźć pod wodą. Rozejrzał się panicznie wokół siebie, a gdy zauważył podpory mostu niedaleko siebie, podpłynął do nich. Czuł, że jego ruchy są nieskoordynowane, że ze stresu rusza nimi jak dziecko, które uczy się pływać, ale póki parł do przodu, nie liczyło się w jaki sposób.
Dopiero gdy upewnił się, że nie są widoczni z góry, sprawdził, co z bratem. Syriusz nie był całkiem nieprzytomny, a jedynie lekko zamroczony. Wyglądał, jakby miał ochotę zasnąć, tutaj, w wodzie. Regulus nie mógł mu na to pozwolić. Poklepał go po policzku.
– Syriuszu, spójrz na mnie. Musisz mi pomóc, nie możesz odpłynąć.
– Co się stało?
– Wpadliśmy do wody. A teraz musimy się z niej wydostać.
Czuł, że są jakieś granice w opieraniu się nurtowi i ta granica została przekroczona w tym momencie. Jego skostniała z zimna dłoń nie była w stanie dłużej trzymać się podpory i zwyczajnie się z niej ześlizgnęła. Popłynęli wraz z biegiem rzeki, skupiając się na jednoczesnym płynięciu w stronę brzegu i utrzymywaniu się się na powierzchni. Co nie było wcale proste.
Regulus widział kątem oka kolorowe światła uroków, które rozświetlały nocne niebo, ale w tym momencie nie próbował nawet zgadywać, jak wyglądało starcie, tylko skupił się na dotarciu do brzegu. Musieli się wydostać z wody, zanim ich ona pochłonie.
– Reg, konar!
Na ich drodze stało powalone drzewo, co jednocześnie cieszyło Regulusa i przerażało, ponieważ szanse, że się złapią i nie nabiją na gałęzie, nie były zbyt wysokie. Ale liczył się fakt, że było się w ogóle czego chwycić.
Pozwolił ponieść się prądowi, zakrył głowę ramionami i uderzył w drzewo. Czuł, jak woda chce go przeciągnąć pod pniem, więc chwycił się z całych sił najbliższej gałęzi i zamachał rozpaczliwie nogami, szukając jakiejś podpory. Gdy udało mu się i w miarę trzymał się na powierzchni, wyciągnął rękę w stronę brata, który starał się całym ciężarem utrzymać niedaleko niego.
– Syriusz!
Syriusz uniósł na niego wzrok. Puścił się i wykonał kilka rozpaczliwych ruchów rękoma, próbując go złapać, a gdy mu się już to udało, Regulus przyciągnął go do siebie. Sam był zaskoczony tym, ile nadal miał siły. Prawdopodobnie adrenalina go jeszcze nie opuściła.
– Podeprzyj się na czymś, pod spodem jest mnóstwo gałęzi – polecił mu.
Chwilę zajęło, nim brat znalazł odpowiednią podporę i już nie wisiał całym swoim ciężarem na Regulusie, a jedynie go obejmował kurczowo, drżąc nie wiadomo, czy to z emocji, czy z zimna, czy wszystkiego na raz.
Żyli. Dalej był w szoku, że faktycznie żyli i miał ochotę wykrzyczeć gwiazdom, jak bardzo się z tego cieszy, ale to jeszcze nie był czas do świętowania.
4.

Wcześniej, 1978, Szkocja, Hogwart

Czas od świąt wielkanocnych zawsze płynął jakoś szybciej i nim Regulus się obejrzał, a był już czerwiec. Egzaminy były tylko przykrym wspomnieniem, zrobiło się jakby luźniej, słońce chętnie zaglądało na błonia, a całą szkołę otoczyła przyjemna, leniwa aura, która zachęcała do wylegiwania się na trawie i czytania książek.
Temu właśnie oddawał się Regulus. Znalazł sobie odosobniony, słoneczny kawałek błoni, wyprosił u skrzatów w kuchni jakieś przekąski na wynos w postaci owoców i z książką od Syriusza rozłożył się na trawie, zagłębiając w lekturze. Jego brat dalej nie zaprzestał przemycania mugolskich nowinek przeróżnymi drogami, więc w ten sposób „Hobbit” Tolkiena znalazł się w rękach Regulusa, który musiał przyznać, że nie miał powodów narzekać. Był nawet rozbawiony niezręcznością i brakiem zdecydowania Bilba Bagginsa, więc chłonął historię taką, jaka była, z czasem zapominając, że została napisana przez mugolskiego autora, który o magii nie miał bladego pojęcia.
No dobrze, to, że nie wiedział, o czym pisze, akurat było widać, ale Reg stwierdził, że to nawet zabawne.
– Brat, a żeby cię mantykora w tyłek ugryzła. Taki piękny dzień, a ty z nosem w książce.
Syriusz usiadł obok niego na trawie z wielkim kawałkiem tortu, który zwrócił uwagę Regulusa bardziej, niż cokolwiek innego. Tort był truskawkowy i pachniał rumem.
– Tak, dobrze patrzysz, to dla ciebie. A teraz odłóż tę książkę i się nim zajmij. Udało mi się wygospodarować dodatkowy kawałek dla ciebie od Marleny, bo uznała, że jesteś uroczy i na niego zasługujesz bardziej niż ja.
Prychnął jedynie.
– Nie jestem uroczy. Marlena musi kupić sobie okulary, a najlepiej pożyczyć te denka od słoików Pottera. – Co nie znaczy, że tortu nie przyjął. Zaczął się nim wręcz zajadać. – A czytam to, co mi przyniosłeś. O niziołkach.
Syriusz uniósł brwi.
– Niziołkach? Miało być o smokach. Remus mówił, że jest o smokach!
Regulus pokręcił głową nad zorientowaniem brata, a raczej jego brakiem.
– Idą do smoka, ale głównym bohaterem jest niziołek. Znaczy hobbit. – Uśmiechnął się lekko, widząc, że bratu niewiele to mówi. – Podoba mi się, nie musisz się martwić. Jak będą smoki, to ci powiem.
– Ty mi nic nie będziesz mówił, tylko pójdziesz ze mną. Ja już kończę tę szkołę, mówię pa i spadam, więc trzeba się porządnie pożegnać.
– Nie pomogę ci nic wysadzić.
– Reg! Mówiłem o pożegnalnej imprezie, nie pożegnalnej bombie. Chociaż to wcale nie brzmi źle, przemyślę to. Pomyśleliśmy, by zorganizować coś w okolicach chaty Hagrida, to może uda się go namówić, by zrobił dla nas ognisko. Weźmiesz gitarę… – Trącił Regulusa ramieniem na zaczepkę. – Zagrasz nam trochę. Będzie fajnie.
– Zamierzasz dużo wypić?
– Zamierzam czuć się dobrze – powiedział, obejmując go ramieniem. – I nie, nie mam w planach pożegnać szkoły i znajomych puszczaniem pawi. To byłoby w stylu Malfoyów1.
Regulus zaśmiał się z tego żartu językowego całkowicie szczerze. Potrząsnął głową, dając włosom szansę, by same wróciły do poprzedniego stanu, ale widać wiatr miał inne plany, więc musiał je poprawić rękoma. Syriusz założył mu jakiś dodatkowy, zbłąkany kosmyk za ucho.
– To nie powinna być impreza zamknięta? Tylko siódmoklasiści, reszta dzieciuchów niech idzie spać? – Wyczuwał podstęp.
– Ej, mam trochę znajomych z twojego roku. Chciałbym się pożegnać również z nimi i może, ale to może, znaleźć godnego następcę.
– Taki się jeszcze nie urodził.
W ramach zemsty Syriusz zabrał mu z talerzyka ostatni kawałek tortu, ale Regulus jakoś mocno tego nie przeżywał, ponieważ całą bitą śmietanę już zjadł.
Odmówił przemycania jakiegokolwiek alkoholu, więc wysłano go po jedzenie i gitarę. W normalnych okolicznościach nigdy nie zgodziłby się grać dla publiczności większej niż sześć osób, gdzie każdą z nich był Ślizgon, którego znał, ale Syriusz wyjątkowo napalił się na muzykę, więc się zgodził.
Małe pożegnalne przyjęcie przy ognisku było zatwierdzone przez Slughorna, Flitwicka i Sprout, którzy twierdzili, że to naprawdę dobry pomysł, więc i McGonagall się w końcu zgodziła i pozwoliła Hagridowi na rozpalenie ogniska, a nawet na zabranie kiełbasek z kuchni. Regulus był pod wrażeniem umiejętności dyplomatycznych Syriusza, któremu udało się tutaj zwabić naprawdę ciekawy przedział przedstawicieli wszystkich domów, którzy jeszcze nie rzucali się sobie do gardła. Co mogło się szybko zmienić, gdy w jednym miejscu mieli przebywać Ślizgoni i Gryfoni dłużej niż to absolutnie konieczne.
Postawił cały prowiant przy Hagridzie, ale się do olbrzyma nie odezwał. Jakoś nie czuł się w jego towarzystwie na tyle swobodnie, by ucinać sobie pogawędki z kimś, kto miał dłoń tak wielką, że mógł objąć całą jego głowę.
– Regulusie, to wspaniałe, że przyniosłeś gitarę.
Okręcił się zaskoczony, że ktoś się do niego odezwał, ale gdy zobaczył Remusa, stwierdził, że to dość normalne. On był miły dla wszystkich. A wielkiego pokrowca na plecach nie dało się nie zauważyć.
– Syriusz nalegał. Ostrzysz patyki?
– Syriusz nalegał – odpowiedział identycznie i obaj się uśmiechnęli. – Chyba stwierdził, że to będzie ekscytujące, by zjeść coś nieprzygotowanego na kuchence.
– Pewnie tak było. Myślałem, że pójdziesz z nimi… no wiesz. – Wzruszył ramionami niepewny, czy mógł mówić tutaj o alkoholu. Nie wszyscy musieli być wtajemniczeni.
– Nie. Poszli we trzech, tyle naprawdę wystarczy. I jako prefekt nie powinienem uczestniczyć w tego rodzaju procederze – przyznał rozbawiony. – Ale ty chyba coś o tym wiesz.
– Ja? Skądże. Dostałem odznakę przez czysty przypadek. Nadal nie wiem, co ja tu robię. Masz dodatkowy scyzoryk?
Zastanawiało go, dlaczego Remus nie ostrzył patyków zaklęciem, a ręcznie, jednak o to nie zapytał. Pewnie tak miało być albo Remus uznał, że to jedyne słuszne wyjście.
– Właściwie to mogę ci oddać swój. Zostało już trzy czy cztery sztuki, a ja powinienem wracać do skrzydła szpitalnego.
Regulus nie zapytał, czy Remus się źle czuje, ponieważ po jego bladej skórze i podkrążonych oczach było od razu widać, że tak. Jakby się zastanowić, Remus wyglądał, jakby był całe życie chory. Przykro, ponieważ naprawdę przyjemnie się z nim rozmawiało, gdy akurat znalazł czas. Widać termin imprezy, wyznaczony przez McGonagall, nie zgrał się kompletnie z odpornością Remusa.
– Szybkiego powrotu do zdrowia.
– Dzięki, Reg. O, widzę Jamesa, już wracają.
Akurat na wzmiankę o Potterze, Regulus poczuł mniejszą chęć grania, a większą na rzucanie scyzorykiem w ruchomy cel. Odwrócił się tyłem do tego roztrzepanego gumochłona i zajął ostrzeniem patyków w taki sposób, w jaki robił to Remus. Nie było to specjalnie trudne ani zajmujące, ale pozwoliło mu uniknąć konfrontacji z durnym kolegą brata.
Syriusz podszedł do niego z duża torbą wypchaną wiadomą zawartością.
– Ostre jak igły, Reggie – pochwalił go.
– Te są akurat roboty Remusa, ale dzięki. Mówiłeś, że się dużo nie napijesz.
– I nie mam takiego zamiaru, ale to nie jest alkohol tylko dla mnie. I to nie jest tylko whisky. – Regulus uniósł brwi. – Kupiliśmy też trochę kremowych piw, bo na pewno znajdzie się ktoś, kto nie będzie chciał się upić.
– Na przykład ja.
Syriusz zaśmiał się głośno i założył mu ramię przez szyję, pociągając w swoją stronę.
– O nie, brat. Ty będziesz opijał ze mną mój fantastyczny koniec edukacji!
Był pijany. Nie tylko on, ale wiedział, że jeżeli sam sobie zdaje z tego sprawę, to nie jest z nim dobrze. Ziemia trochę wirowała mu pod stopami, gwiazdy świeciły jakby mocniej, a kiełbaska z ognia smakowała tak dobrze, że jedząc ją, wybrudził sobie nos musztardą.
– Słodki Salazarze, Reg. Tobie już dziękujemy.
Barty podał mu chusteczkę z pobłażaniem. Sam nie wypił ani kropli i był tutaj raczej z uprzejmości, niż faktycznej chęci imprezy, a od dobrej godziny robił za niańkę Regulusa.
– Chiedy ja nche moche – zaprzeczył z pełnymi ustami. Przełknął gorący kawałek, czując dokładnie, jak przechodzi przez przełyk do żołądka. Wytarł się jeszcze raz, dla pewności. – To wina Syriusza.
– Oczywiście, że to wina Syriusza, dlatego wracamy do dormitorium. Idziesz spać, jutro będziesz żałował każdego wypitego kieliszka.
Barty chciał go objąć ramieniem i odholować do lochów, ale Regulus, z gracją, jakiej nikt by się po nim nie spodziewał w tym stanie, wywinął się z jego uścisku.
– Ja zostaję. Jestem bardem, muszę grać! – Sam zaśmiał się z tego, co powiedział.
– Nie, Reg, nie jesteś bardem. Spójrz, tam ktoś inny już gra, mają nowego barda, ty możesz iść spać.
– Syriusz!
Wypatrzył brata w tłumie i, nie czekając na Barty’ego, pobiegł w jego stronę. Wpadł na niego z większym impetem niż zamierzał, ale Syriusz nie wydawał się zły.
– Reggie. Zniknąłeś mi gdzieś.
– Barty mówi, że nie jestem bardem – poskarżył mu się i napił z jego kubka.
– Nie jesteś bardem? O nie, Barty kłamie! Barty! – zawołał do stojącego z dala od nich bruneta, który wyglądał trochę tak, jakby żałował, że w ogóle tu przyszedł. – Kłamiesz!
Syriusz zaczął się śmiać, a wraz z nim Regulus. Dołączył do nich nawet Potter, którego Reg wcześniej w ogóle nie zauważył, zbyt skupiony na bracie.
– Ok, Reggie. – Syriusz włożył mu swój kubek w dłonie. – Zostań tutaj, a ja pójdę po twoją gitarę. Co z ciebie za bard bez gitary?
Regulus od razu pociągnął kolejny łyk z kubka brata, odprowadzając go wzrokiem w stronę jakiegoś siódmoklasisty, który grał na gitarze. Jak ona się w ogóle znalazła w rękach kogoś innego? Zapomniał całkiem, że gdzieś ją zostawił.
– Więc jesteś bardem? – zapytał z rozbawieniem Potter. – Nie słyszałem, byś śpiewał.
– No nie mów, Potter, że nie dość, że jesteś ślepy, to jeszcze głuchy? – zakpił. – A może byłeś zbyt zajęty jakimiś swoimi gryfońskimi, podejrzanymi sprawami?
Potter prychnął tylko w swój kubek, patrząc na Regulusa nieprzychylnie. Rozmawiali ze sobą jedynie ze względu na Syriusza, ale nikt nie powiedział, że mieli być dla siebie uprzejmi. Żadne pieniądze świata nie przekonałyby go, by być miłym dla Pottera.
– Zajmowałem się ciekawymi sprawami, zamiast siedzieć z nudziarzami, ale taka boidupa jak ty pewnie uważała granie przy ognisku za ekscytujące.
Regulus aż się zapowietrzył z oburzenia.
– Nie jestem boidupą.
– Oczywiście, że jesteś. Pewnie nigdy nawet nie byłeś w Zakazanym Lesie, bo to nielegalne i zbyt straszne.
Takie słowa z ust Pottera były czystą prowokacją, a biorąc pod uwagę fakt, że przez ten cały rok piastował pozycję prefekta naczelnego, tym bardziej zdenerwowały Regulusa.
– Nie boję się Zakazanego Lasu.
– Nie? To może podskoczymy do niego? Pokażesz mi, jak bardzo się go nie boisz.
Reg nie odczuwał lęku przed Zakazanym Lasem. Wiedział dokładnie, jakie stworzenia w nim mieszkają, ponieważ Syriusz opowiadał mu o nich tak często i tak obrazowo, że już dawno pogodził się z myślą, że za każdym razem, gdy przemierza błonia, może natknąć się na akromantulę czy rozwścieczonego centaura. Nigdy jednak nie był bliżej niż na samym obrzeżach, ponieważ nie miał potrzeby. Nie warzył pokątnie eliksirów w pokoju, nie hodował rzadkich roślin pod łóżkiem, a nawet gdyby chciał, mógł je zabrać bezpośrednio ze szklarni i to jeszcze z doniczką, nigdy też nie interesował się magicznymi stworzeniami, by chcieć oglądać je w naturalnym środowisku.
Prawdopodobnie był najmniej zainteresowaną Zakazanym Lasem osobą w szkole.
A mimo to poszedł z Potterem, ponieważ obudził się w nim mały Syriusz, który chciał za wszelką cenę udowodnić, że nie jest tchórzem. Regulus czasami go nienawidził.
Odłączyli się od reszty świętujących. Potter szedł przed nim, wspomagany swoim kubkiem i nie wiadomo jaką jego zawartością, oglądając się od czasu do czasu, czy nie idzie sam. Za każdym razem, gdy to robił, Regulus prychał niezadowolony. Głupi Gryfon nie miał za grosz wiary w niego.
W lesie było dużo chłodniej oraz bardziej wilgotno. Trawa i mech dalej nosiły znamiona porannego deszczu. Przez pierwsze kilka kroków droga wiodła dość prosto, ale im bardziej w głąb szli, tym większe i bardziej powykręcane okazywały się korzenie drzew, a oni zamiast iść, musieli się na nie wspinać i zeskakiwać. Żaden z nich nie miał z tym większego problemu, sprawnością sobie dorównywali jako gracze quidditcha. Regulus chciałby jednak, by wszystko wokół było mniej… oślizgłe.
To była bardzo nieślizgośka myśl, co uświadomił sobie po czasie.
Przeskoczył przez kolejną przeszkodę i zauważył, że Pottera przed nim nie było. Od razu jakby trochę otrzeźwiał, zaskoczony, że został sam.
– Potter? To nie jest zabawne – rzucił w przestrzeń, rozglądając się. – Miałeś mi pokazać coś strasznego w lesie, a nie sam próbować mnie nastraszyć! To się nie liczy.
Jakby na potwierdzenie jego słów, coś się poruszyło w krzewach, a gdy Regulus podszedł, by zdemaskować podstęp Pottera i wybić mu z głowy głupie gierki, wyleciało na niego kilkanaście wściekłych bachanek. Same w sobie nie były przerażające, ale ich ugryzienia okropnie bolały, więc Reg cofnął się gwałtownie, próbując zejść im z drogi. Pech chciał, że na jego drodze pojawiło się jakieś rozwidlenie korzenia czy inna zaraza, a on poleciał do tyłu na plecy. Bachanki zaskrzeczały nad jego głową i uciekły w tylko sobie znanym kierunku, zostawiając go sam na sam ze śmiejącym się Potterem, który wyszedł zza drzewa.
– Gdybyś widział sam siebie! Machałeś rękami jak opętany!
Potter aż zgiął się ze śmiechu. Reg chwycił pierwszą lepszą rzecz, która wpadła mu w ręce, i rzucił nią w tego durnego Gryfona. Traf chciał, że był to jakiś ubłocony kamień, więc nie dość, że Pottera zabolało, to jeszcze cały się pobrudził.
– Ej!
– Nie ejaj mi tutaj, wieśniaku. – Regulus podniósł się z brudnej ziemi, zdając sobie sprawę, że wygląda jakby się sam wytarzał w błocie. – Wiedziałem, że chciałeś mnie zwyczajnie nastraszyć, a w tym lesie nie ma niczego…
Obaj przestali się odzywać i poruszać, gdy usłyszeli wycie wcale nie z tak daleka. Reg zamrugał. Nie wiedział, że w Zakazanym Lesie oprócz magicznych stworzeń żyją też wilki. Potter zapatrzył się gdzieś w głąb zarośli.
– Drzwi puściły…
– Co mówiłeś, Potter?
– Wracamy.
Potter zrobił się nagle niesamowicie poważny. Chwycił go za ramię i szarpnął w stronę powrotną. Regulus wyrwał się gwałtownie.
– Zabieraj ode mnie te łapy. Co ty, wilków się boisz? Zapomniałeś, jak się używa różdżki?
– To nie są wilki, kretynie. Wracamy. Teraz – podkreślił, nie dając za wygraną.
Problem w tym, że Regulus też nie zamierzał odpuścić.
– No tak, uciekaj teraz, Potter, a później to mi mów, że jestem boidupą. Bo tak się przecież powinien zachowywać każdy dzielny i waleczny…
Twarz Pottera stężała, gdy jakiś ogromny cień nakrył całą sylwetkę Regulusa. Ciepły i śmierdzący powiew musnął jego kark. Bardzo powoli odwrócił się, by zobaczyć, co właściwie za nim stoi.
Poczuł, jak zaczynają trząść mu się nogi, gdy zorientował się, że stoi na wyciągnięcie ręki od dorosłego wilkołaka, wysokiego na ponad osiem stóp. Jego sylwetka wyglądała groteskowo, jakby ktoś wyprostował psa i wydłużył mu do maksimum kończyny. Blada skóra pokryta była grubą szczeciną o nijakim kolorze. Oddychał szybko, szybciej niż człowiek. Najgorszy okazał się jednak jego łeb, niby psi, ale noszący wyraźne ludzkie rysy, niczym ludzka twarz naciągnięta na zwierzęcą czaszkę. Regulus był autentycznie przerażony tym widokiem.
Wilkołak zawarczał ostrzegawczo, gdy jego spojrzenie spotkało się ze spojrzeniem Rega, jakby mu się to nie podobało. Nie zdążył jednak nic zrobić, bo niespodziewanie trafiło w niego jakieś zaklęcie w bark, które odrzuciło go lekko do tyłu. Zaskowyczał nieludzko.
Regulus poczuł, jak Potter ponownie szarpie go za ramię i tym razem nie zamierzał się z nim kłócić.
– Spadamy stąd!
Uciekali inną drogą, niż przyszli. Regulus całkowicie stracił orientację w terenie i na ślepo biegł za Potterem. Nie żeby miał inny wybór, gdy ten trzymał go tak zaborczo i ciągnął za sobie.
– To był wilkołak… – powiedział, chociaż dalej nie mógł uwierzyć w to, co się stało. – W lesie jest wilkołak.
– Tak, wiem. Biegnij szybciej.
Regulus słyszał warknięcia i kroki bestii za nimi. Nie widział jednak błoni ani światła ogniska. Czyżby Potter pomyślał o tym, że głupio będzie doprowadzić wilkołaka do bawiących się uczniów? Regulusowi zrobiło się niedobrze.
Syriusz był wśród nich.
Zaryzykował odwrócenie się i aż mu serce stanęło, gdy nie zobaczył niczego poza paszczą wilkołaka. Aż potknął się z wrażenia, ciągnąc razem ze sobą na ziemię Pottera. Monstrum przeleciało nad nimi, wpadając w krzaki, a oni sturlali się ze wzgórza. Potter uderzył w niego swoim ciałem, jednak żaden nie zamierzał tego komentować. Zerwali się na równe nogi i stanęli do siebie plecami. Regulus wyciągnął przed siebie różdżkę. Wszystko wokół nich szumiało, jakby las zechciał nagle ożyć. Całkowicie stracił poczucie tego, gdzie są i gdzie może być wilkołak.
– Z tej strony – powiedział Potter, a Reg momentalnie odwrócił się w jego stronę.
Bestia wyszła z zarośli i zdecydowanym krokiem, jak zwierzę, podeszła do nich. Potter wysłał w jej stronę kilka zaklęć oszałamiających, ale wcale jej nie odstraszyły, a wręcz przeciwnie, bardziej zdenerwowały. Regulus nie miał pojęcia, dlaczego Potter zachowywał się tak, jakby nie chciał wilkołakowi zrobić krzywdy. Nie zamierzał dać się zjeść albo, co gorsza, ugryźć, więc odsunął się o kilka kroków w bok, by mieć czysty strzał.
– Conjun...!
– REG, NIE!
Nie zdążył dokończyć inkantacji, zbyt zaskoczony, że Potter mu przerwał i przez sekundę zbyt rozkojarzony, by obronić się przed atakującym wilkołakiem. Stwór uderzył go wierzchem łapy w brzuch i odrzucił na najbliższe drzewo. Jego kończyny mogły wyglądać na cienkie, ale były niesamowicie silne. Całe powietrze uciekło z płuc Regulusa, a on padł jak długi na ziemię. Wręcz zapomniał na chwilę, jak się oddycha.
Uniósł głowę do góry. Potter nie zachowywał się tak, jakby nie chciał zranić wilkołaka. On naprawdę nie zamierzał tego zrobić.
– Ty kretynie – skomentował jego zachowanie.
Nie mógł się jednak podnieść, ponieważ bolała go klatka piersiowa. Musiało mu pęknąć żebro. A może się złamało? Nigdy nie miał złamanego żebra, nie wiedział, co to za ból. Mógł jedynie liczyć na to, że się mylił.
Wysoki wilkołaczy pisk potoczył się po okolicy. Regulus nie mógł uwierzyć własnym oczom, widząc, jak czarny i niemożliwie kudłaty pies sam z siebie skoczył na potwora i powalił go na ziemię.
– Peter, zabierz go stąd!
Peter? Skąd tutaj się wziął Pettigrew? Nie dane mu się było nad tym zastanowić, ponieważ chłopak od razu do niego podleciał i poderwał na nogi. Regulus aż krzyknął z bólu. Zdecydowanie miał coś złamanego.
Nigdzie nie widział Pottera, gdy szedł razem z Pettigrew po lesie.
– Skąd się tutaj wziąłeś? – zapytał, trzymając się za żebra.
– Syriusz was usłyszał.
– Syriusz tutaj jest?
Chciał zawrócić i znaleźć brata, ale Pettigrew mu nie pozwolił. Nie był silny, ale swoją masą go przeważał na tyle, że Regulus nie miał jak go wyminąć.
– Nic im nie będzie, idź. Po prostu idź, Black. Wrócą. Syriusz wróci. Zawsze wracają.
Pettigrew powtarzał to jak mantrę, póki nie wyszli z lasu, a Regulus nie zaprzestał odwracania się w poszukiwaniu brata. Nie widział go w tym lesie. Czy Syriusz naprawdę był taki głupi, by pobiec za nimi? A może na tyle odważny, by spróbować im pomóc? I gdzie on w ogóle był?
Nie słyszeli ani, by wilkołak ich gonił, ani, by wył. Wydawało się, że wszystko ucichło, a wręcz jakby nic się nie stało. Zaskakującym odkryciem dla Regulusa było to, że cała impreza spod chaty Hagrida została przegoniona. Ognisko się nawet nie tliło. Ile spędzili w lesie? Jak długo uciekali? Stracił poczucie czasu.
– Chodź, Black. Musisz pójść do skrzydła szpitalnego.
– Poczekamy na Syriusza.
– Black…
– Powiedziałem, że poczekamy na niego – powtórzył z mocą, patrząc na Pettigrew nieustępliwie. Nie będzie mu jakiś Puchon mówił, co ma robić.
Usiadł na trawie z różdżką w pogotowiu i postanowieniem, że jeżeli tym razem zobaczy ten groteskowy ryj, nie zawaha się rzucić żadnej klątwy.
Czekali. Pettigrew siedział skulony obok niego, jakby było mu chłodniej, chociaż to jego chroniła gruba warstwa tłuszczowa i szkolna szata. Regulus miał na sobie jedynie sweter, ale nawet po tym, jak emocje minęły, a zmęczenie i ból przypomniały o sobie, nie czuł chłodu.
Jedyne, co czuł w tym momencie, to obawę o Syriusza, który gdzieś tam był, z tym idiotą Potterem i wilkołakiem.
Już jakiś czas temu złapał się na tym, że jako prefekt powinien poinformować kogoś, co się stało. Wmawiał sobie jednak, że nauczyciele prawdopodobnie już wiedzą, że ktoś z jakiegoś powodu rozgonił imprezujących i że Syriusz nie jest skazany w środku Zakazanego Lasu tylko na Pottera.
Nie zapytał Pettigrew o to, czy ma rację, ponieważ nie chciał mieć dowodu na to, że nie ma.
Poruszył się, słysząc dochodzące z lasu głosy.
– ... ale Reg to nie Smarkerus!
– Ile razy mam ci powtarzać, że nie wiedziałem?
Powoli rozróżniał głosy. Syriusz był zdenerwowany i krzyczał, a Potter szedł za nim jakby zrezygnowany. Regulus z bólem podniósł się, by powitać brata, ale ten nie ucieszył się na jego widok.
– Czemu nie jesteś w skrzydle szpitalnym?! – krzyknął zdenerwowany.
Regulus zamrugał zaskoczony.
– Czekałem na ciebie – odpowiedział zgodnie z prawdą.
– Co ci przyszło do głowy? W lesie jest wilkołak, a ty czekasz na mnie na jego obrzeżach? Głupi jesteś?
– Ja jestem głupi? To ty pobiegłeś do lasu w poszukiwaniu wilkołaka! Czekałem na ciebie, bo się o ciebie martwiłem!
Krzyczenie nie było zbyt dobrym pomysłem, ponieważ ból zakłuł z prawej strony mocniej niż wcześniej. Skrzywił się i to ostatecznie uspokoiło brata. Syriusz od razu położył mu ręce na ramionach.
– Co ci jest?
– Chyba pękło mi żebro, złamało się, nie wiem. Czemu w ogóle poszedłeś za nami? Gdzie wilkołak? Tobie też mogło się coś stać. I ktoś wie w ogóle o tym, że w Zakazanym Lesie jest cholerna bestia, która zagraża uczniom? Syriusz, odpowiedz mi!
Jego brat jednak stał jakby zaskoczony postawą Regulusa i nie odezwał się słowem. Przyglądał mu się tylko, jakby szukał kolejnej rany lub zadrapania w obawie, że coś jeszcze mogło się stać, że coś przed nim zataił.
– Łapo, powinniśmy wracać do zamku.
Potter chciał dotknąć Syriusza, położyć mu rękę na ramieniu, zrobić cokolwiek, ale ten zbił rękę, zanim ta w ogóle go dotknęła. Znów wyglądał na rozwścieczonego.
– Nie dotykaj mnie! Chciałeś go przestraszyć? Akurat dzisiaj, akurat w czasie pełni? On jest wszystkim, co mam, Rogacz! – Słowa potoczyły się po błoniach jakby wzmocnione Sonorusem. Reg podejrzewał, że to kwestia tego, że na zewnątrz było po prostu za cicho. – Mógł zginąć!
– Ja też! – Potter uderzył się w pierś. – Ja też mogłem, wszyscy mogliśmy! Tego nie dało się przewidzieć! To nie moja wina, że coś się zjebało!
– Jesteś pieprzonym prefektem naczelnym! Powinieneś przewidzieć, że coś mogło pójść nie tak! Powinieneś pomyśleć, zanim w ogóle zasugerowałeś pójście do lasu! Powinieneś pomyśleć o tym, że to mój brat i będę wkurwiony!
– Syriuszu, wystarczy.
Złapał brata za ramię, nim ten rzuci się na Pottera. Regulus nie wierzył, że to mogło się stać, w końcu Potter był jego najlepszym przyjacielem, jego gryfońskim adoptowanym bratem czy jak tam można go jeszcze nazwać. A mimo to Syriusz patrzył na niego z prawdziwą furią.
– Nie odzywaj się do mnie więcej.
Syriusz objął go ramieniem i poprowadził w stronę zamku. Regulus chciał się cieszyć z tego, że się pokłócili i nie będzie musiał znosić Pottera w pobliżu swojego brata, ale zamiast tego towarzyszyło mu nieprzyjemne uczucie, że zrobił coś nie tak.
Obudził się w białej szali skrzydła szpitalnego, nie czując nóg. Spojrzał w dół i odkrył Syriusza śpiącego na jego kolanach. Odciął mu, grubas, dopływ krwi. Nie zrzucił go jednak, a powoli, jedna po drugiej, wyciągnął nogi spod brata i poruszył nimi z ulgą.
Żebra już go nie bolały, eliksiry musiały zrobić swoją robotę przez noc, ale dalej czuł się lekko potłuczony. A może był to skutek leżenia w jednej pozycji? Nie miał pojęcia.
Usłyszał kroki, więc spodziewał się zobaczyć pielęgniarkę, ale zamiast niej kotarę odsłonił Remus, blady jak śmierć i wyglądający tak, jakby nie przespał całej nocy. No tak, musieli go obudzić, jak przyszli tutaj wczoraj (a może dzisiaj), a Syriusz domagał się opieki lekarskiej.
– Nie chciałem cię budzić – przeprosił od razu Krukon.
– Nic się nie stało, nie spałem. – Poprawił się na łóżku i zachęcił Remusa, by podszedł bliżej. – Wszystko ok? Nie wyglądasz dobrze.
– Eliksiry jeszcze nie zaczęły działać. – Poprawił Syriuszowi koc na ramionach i usiadł na krześle z drugiej strony. – A ty jak się czujesz?
– Dobrze, tylko taki trochę zastany. Wiesz, jak leżysz za długo w jednej pozycji i tak zabawnie łaskoczą cię mięśnie – wyjaśnił, uśmiechając się lekko.
Remus zaśmiał się cicho.
– To jednocześnie zabawne i nieprzyjemne, nie? Chciałem zobaczyć, jak tam z wami, ale widzę, że Syriusza można okraść, a i tak się nie obudzi.
– Dokładnie tak by było. Wiesz, która jest godzina? Żadne z nas nie nosi zegarka, czego zacząłem trochę żałować.
– Śniadanie będzie za jakieś pół godziny, chyba? Tutaj zawsze przynoszą je wcześniej.
– Masz doświadczenie, co?
Zaśmiali się obaj krótko.
– Jestem najlepiej poinformowaną osoba w szkole – przyznał Remu z uśmiechem, ale po chwili trochę przycichł. Spojrzał na Regulusa poważnie. – Cieszę się, że nic ci nie jest. Że nic wam nie jest – dodał, kładąc rękę na głowie Syriusza.
Reg zamrugał zaskoczony. Lubił Remusa jako jednego z niewielu przyjaciół brata, ale nie byli jakoś przesadnie blisko. Witali się na korytarzach, czasami pytali nawzajem o to, gdzie znów wywiało Syriusza, ale poza tym Regulus niewiele o Remusie wiedział.
– Dziękuję – odpowiedział niepewnie. – Och, twój scyzoryk. – Wyjął go z kieszeni i oddał.
– Całkiem o nim zapomniałem. – Obrócił go w dłoniach. – No nic, mam nadzieję, że ci posłużył. I tak w ogóle to przyszedłem powiedzieć, że Dumbledore się już wszystkim zajął. Obiecał, że zwiększy ochronę. Pewnie jakiś zbłąkany człowiek z likantropią musiał zajść do Zakazanego Lasu z innej strony i pomyślał, że na tak dużym terenie na nikogo nie trafi. Nikomu na szczęście nic się nie stało, ale nie wolno nam już organizować niczego wieczorem poza zamkiem.
Regulus kiwnął głową na znak, że rozumie, jednocześnie zastanawiając się, czemu Dumbledore miał cokolwiek mówić Remusowi w tej sprawie, kiedy jego tam nawet nie było. Przyszedł tutaj bladym świtem, by mu to przekazać?
– Ach, i jeszcze jedno. Dyrektor prosił, by nikomu o tym nie mówić i nie wywoływać paniki. To jednorazowy incydent – zapewnił go gorliwie.
– Dobrze, nikomu nie powiem.
W myślach zwyczajnie zmniejszył listę osób, którym chciał o tym opowiedzieć, do Barty’ego. Ale może i jemu lepiej było tego nie mówić, by się nie denerwował i nie narzekał na Regowe pijaństwo.
5.

Teraz, 1981, Anglia, Swindon

Z trudem wyszli na brzeg, drżąc i przeklinając. Regulus od razu ściągnął przez głowę mokrą bluzę, która nasiąkła wodą jak gąbka. Czuł, że chlupocze mu w butach, a spodnie przyklejały w niezręczny sposób do różnych części ciała. Klęczący nieopodal niego Syriusz kaszlał głośno, opierając dłonie o ziemię.
– Syriuszu. – Podszedł do niego na czworaka, nie czując się jeszcze na siłach, by wstać. – Zdejmij to, zamarzniesz.
Spróbował pomóc mu zdjąć płasz, a brat niespodziewanie uderzył go z łokcia w brzuch. Regulus aż stęknął z bólu. Nie spodziewał się takiego zagrania w ogóle, a tego, że Syriusz się na niego rzuci, tym bardziej.
– Musiałeś postawić na swoim, kretynie?! – Syriusz uderzył go w twarz ze złości, w dodatku pięścią, na której miał pierścień. Regulus poczuł szczypanie rozdartej skóry. – Musiałeś pójść jak ta durna owca za nimi wszystkimi?!
Nie zamierzał pozwolić się okładać po twarzy jak jakaś ofiara. Nie po tym, co przeszedł i co zrobił, by być w tym miejscu, w którym był teraz. Syriusz gówno wiedział, nie miał prawa go oceniać. Przekręcił się, zamieniając z bratem miejscami, i tym razem on go uderzył, mocno, z całą złością, która siedziała w nim przez ten czas.
– Bo to wszystko jest takie proste w twojej głowie, co?! Jest tylko czarne i białe, a wybór oczywisty!
Zaczęli się szamotać i tarzać po ziemi. W ruch poszły łokcie, kolana i kopniaki. Każdy z nich chciał uderzyć tak, by jak najbardziej zabolało, by został ślad, bolesny i krwisty siniak, który miał przypominać o tym wszystkim, co się stało, a co nie powinno się stać.
– Voldemort ZABIJA ludzi! – Syriusz zepchnął go z siebie. – Niewinnych ludzi! Jak mógł być jakimkolwiek wyborem?!
– Nie wiedziałem o tym! – odkrzyknął mu. Obaj teraz stali na nogach, patrząc na siebie ze złością. – Brałeś to kiedyś pod uwagę? Że nie wiedziałem? Że gdybym wiedział, to nigdy bym do niego nie dołączył?! Że się tego wstydzę?!
Podwinął rękaw koszulki i pokazał bratu mroczny znak na ramieniu, żywy, wyglądający niczym pasożyt na białej skórze, który zamiast imitować tatuaż, wyglądał, jakby żywił się nosicielem. Syriusz wzdrygnął się na jego widok. Nie chciał na niego patrzeć. Regulus też nie chciał, ale musiał z nim żyć.
Obaj się trochę uspokoili.
– Żałuję – powiedział powoli, by podkreślić znaczenie tego słowa. – Każdego dnia. I staram się zrobić coś dobrego, by zadośćuczynić, wiesz?
Syriusz patrzył wprost na niego, w wybrudzonym płaszczu i włosami przyklejonymi wszędzie do twarzy, brudny od ziemi i liści, zmęczony i wyglądający, jakby postarzał się o pięć lat na jego oczach.
– Reggie.
Podszedł do niego zrezygnowany i zamknął w mocnym uścisku. Regulus jeszcze przez chwilę spodziewał się, że to może być tylko podstęp i brat go ponownie uderzy, ale nic takiego się nie stało. Rozluźnił się, pierwszy raz tak naprawdę od wielu, wielu miesięcy, czując, że nie musi sam martwić się o wszystko, że jest ktoś, kto martwi się za niego. Oddał uścisk żarliwie, wtulając się w brata tak, jakby nikogo więcej poza nim nie było.
Jednak ten moment nie mógł trwać wiecznie. Regulus miał konkretne zadanie, które musiał wykonać, i ograniczoną ilość czasu. Poklepał Syriusza po plecach.
– Musimy uratować Jamesa.
Tylko to się teraz liczyło.


1Kazano mi zrobić przypis, więc robię. Ten żart językowy wynika z faktu, że Malfoyowie hodują pawie w ogrodzie, a popularny zwrot puszczać pawia... niekoniecznie oznacza wypuszczanie jakiegoś ptaka na zewnątrz.
Dalej » Brak komentarzy
+ + + + +

[BEZRUCH] 01.

SYRIUSZ 

0.

Teraz, 1981, Anglia, Swindon

Syriusz rozpętał burzę. Tak przynajmniej tłumaczył sobie ten wszechobecny rozgardiasz, który dział się wokół niego – te wszystkie zaklęcia, huki, gwizdy, latające odłamki, kawałki bruku, krew i wrzaski. Ludzie krzyczeli i ginęli wokół niego, a on nie mógł się skupić na niczym innym niż…
...gdzie jest Regulus? 
Jeszcze chwilę temu widział jego sylwetkę gdzieś niedaleko siebie, później coś wybuchło, huk ogłuszył go na moment, zalała spadająca z nieba ziemia, a teraz nie mógł znaleźć swojego brata. Nie po to go tyle szukał, by teraz tak po prostu pozwolić mu zginąć w tym rozgardiaszu. 
– Reg!
Miał wrażenie, jakby jego głos w ogóle nie niósł się w powietrzu. Mógł krzyczeć, machać rękami, a równie dobrze położyć się i pozwolić stratować. Nic by to nie zmieniło. Reg go nie widział, ponieważ gdzieś zniknął. Szybko jednak Syriusz odkrył, że był tutaj ktoś, kto bardzo chciał zobaczyć go martwego i choć martwił się całym sobą o brata, nie miał w planach martwić się jako trup.
– Avada Kedavra!
1.

Wcześniej, 1978, Francja, Paryż

Syriusz otworzył kluczem drzwi pokoju i wszedł do środka. Pomieszczenie mieściło jedynie łóżko, niewielki stół i podwójną szafę. Na ścianach nie wisiały żadne półki, nie było również dywanów, nawet narzuty na materacu. Dobrze, że przynajmniej materac zapewnili, chociaż nie miał pojęcia, czy nie lepiej byłoby mu bez niego, gdy usiadł i poczuł twarde sprężyny pod sobą. Trochę jak w tanim motelu, pomyślał, czując euforię rozsadzającą go od środka. 
Oto był tutaj, w jednym z pokoi akademika francuskiego Uniwersytetu Sztuk Magycznych, a od jutra miał zacząć zajęcia z Transmutacji Abstrakcyjnej. Wszelkie rody, obowiązki, papiery i ważne sprawy zostały w Anglii, razem z dziadkiem i mamą, a on miał studiować. Powinien sprawdzić, czy nie oszalał, że cieszył się na myśl o dodatkowej nauce. Regulus na pewno by stwierdził, że zachowuje się, jakby znów naćpał się oparami eliksiru na euforię. 
Regulus.
Dziwnie było być w szkole, a przynajmniej czymś podobnym do szkoły, bez Regulusa. Spędzili sześć lat razem w tych samych murach Hogwartu, w tym samym Domu, a jakby się uprzeć, to częściowo też w tym samym dormitorium. A teraz Reg został na siódmy rok w Szkocji, a on trafił do Francji. Strasznie daleko od siebie. 
By zająć czymś umysł, wszedł do łazienki, którą miał niby dzielić ze swoim współlokatorem, który miał wejście do niej po drugiej stronie pomieszczenia. Tutaj również wszystko przedstawiało się do bólu skromnie. Umywalka, pod nią szafka, ubikacja i, co było zaskoczeniem, wanna. Spodziewał się prysznica, jeżeli miał być ze sobą szczery. Jedynie lustro robiło wrażenie swoją wielkością, ponieważ pokrywało połowę ściany, od sufitu do umywalki. 
To miał być jego dom na następne trzy lata. Dom Syriusza Blacka, Anglika o dziwnym imieniu, nie Syriusza Oriona Blacka, syna Walburgi i Oriona Blacków, głowy Szlachetnego i Starożytnego Rodu Blacków. 
Odetchnął głęboko. 
– Zajebiście. 
Szybko okazało się, że jego zajebiście pokrywało się średnio z rzeczywistością, gdy nadmiar zajęć przytłoczył go na tyle, że zapominał, jak się nazywa, nie mówiąc już o naśladowaniu akcentu. Jego łazienkowy współlokator, Giorgio Laffil, naśmiewał się, że gdy się nie starał, mówił jak portowa prostytutka, a Syriusz jedynie marszczył wtedy brwi w zastanowieniu, skąd brat Ministra może wiedzieć, jak mówią portowe prostytutki. 
Jego grafik okazał się napięty na tyle, że jedynie czwartki miał wolne i co drugie weekendy, ponieważ w te nie-wolne jeździli po kraju na zajęcia terenowe, by ożywiać gargulce, zamiemieniać pomieszczenia w Wersalu miejscami, tworzyć figurki z kostek brukowych i robić mnóstwo wyczerpujących magicznie rzeczy tylko po to, by usłyszeć od prowadzącego, że służby kontrolne już dawno by ich złapały, gdyby to nie były zajęcia uczelniane. 
Czasami miał wrażenie, że nie studiuje Transmutacji, a Kradzież i Metody Okłamywania Służb Państwowych na Wyższej Uczelni Kalumni i Pomówień. Nie żeby narzekał.
W pierwszym tygodniu był jeszcze podniecony, w następnym odczuwał skutki wczesnosemestralnego imprezowania i nauki, w trzecim znienawidził wino, a w czwartym szukał wymówki, by nie chodzić przynajmniej na wykłady. Tyle że sprawdzali obecność. 
Szuje. 
W międzyczasie dostał skargę od profesor McGonagall, w której żaliła się na nieodpowiednie zachowanie Regulusa w pociągu (co McG robiła w pociągu?) i informowała o szlabanie, który dostał. Wszystko fajnie, ładnie, ale dlaczego on dostał to pismo, a nie mama? Czyżby ktoś tu zachachmęcił w papierologii, by ukryć swoje brzydkie posunięcia przed szanowną mamusią? 
Syriusz był niemal dumny. 
Gdy w końcu przyszedł do niego prawdziwy list z Anglii, ucieszył się jak dziecko. To mogłaby być nawet matka pytająca, czy zachowuje się godnie (nie zwymiotował w zeszłym tygodniu na chodnik, tylko, kulturalnie, do kosza) i uczy się pilnie (uczyć się starał, ale Giorgio uznał, że postarać to on się może wypić butelkę Pinot Noir na raz), a i tak byłby zadowolony. 
Napisał do niego jednak Regulus. Czyżby się stęsknił? Za brata miał wredną żmiję plującą jadem, ale chyba lubiła go na tyle, by odezwać się od czasu do czasu i na dodatek sama z siebie. Rozpakował list niechlujnie, zbyt ciekawy, co znajduje się w środku, by uważać na papier. 

Syriuszu,
wiem, że jesteś zajęty dogłębnym poznawaniem uroczych Francuzek i zgłębianiem tajemnic trunków wyskokowych, jednak wydarzył się tutaj jeden incydent, w którym grałem główną rolę tragiczną, więc piszę do Ciebie ten list z pytaniem, czy nie byłbyś w stanie porzucić swoich obecnych spraw i zajrzeć do mnie najszybciej, jak się da? Płacę w każdej walucie. 

Reggie

Syriusz zamrugał kilkakrotnie, patrząc na list. Przeczytał go nawet jeszcze raz i jeszcze raz, ale wszystko wskazywało na to, że jego podły i nad wiek samodzielny brat potrzebował jego pomocy. A to by znaczyło, że sytuacja osiągnęła tak tragiczne spektrum, że tylko on, Syriusz, władający chaosem towarzyskim, mógł ją opanować.
Byłby okropnym starszym bratem, gdyby zignorował tę prośbę. 
Nie mógł być jednak zbyt dobrym starszym bratem, więc się spóźnił. Regulus już na niego czekał w Świńskim Łbie przy jednym ze stolików umieszczonym w głębi speluny (takie miejsca nie zasługiwały na ładne nazwy). Gwiazdy chciały im pomóc, więc zesłały czwartek, jedyny zawsze wolny dzień Syriusza. 
– Ktoś tutaj nie ma problemów z wymykaniem się z zamku bez wiedzy nauczycieli – zagaił wesoło, siadając naprzeciwko brata i podkradając mu piwo. – Cześć, Reggie.
– Cześć, Syriuszu. Jak zawsze jesteś w porę, którą sam wybierzesz. Czyżby były korki podczas teleportacji? 
– Nie przeceniaj moich możliwości, nie umiem się deportować z kontynentu na wyspy za jednym razem. To był skok rozłożony na kilka mniejszych. Wiesz, czekoladki się same nie kupią. 
Prawdę mówiąc, kupił je we Francji, o czym Regulus doskonale wiedział, ale nie zamierzał tego w żaden sposób komentować. Przyjął prezent nawet z lekkim uśmiechem na ustach i schował go do torby. Dupek nawet nie pomyślał, by się podzielić. Nie żeby Syriusz chciał, ale fakt pozostawał faktem.
– To co to za niecierpiąca zwłoki sprawa, która pogrzebała twoją skrupulatnie budowaną przez sześć lat reputację?
– Była impreza z okazji nowego roku w pokoju wspólnym.
– Jak co roku jest i prawdopodobnie będzie dalej – odparł beztrosko.
– I było dużo alkoholu – ciągnął dalej Reg.
– I narzygałeś do doniczki? – Spróbował zgadnąć.
– I przespałem się z dziewczyną mojego współlokatora.
Syriusz, prawdę mówiąc, zaniemówił. Po pierwsze, z faktu, że jego mały brat już nie był chłopcem, a po drugie, że nie rozdziewiczyła go „ta jedyna”, której tak usilnie szukał i dla której nie zamierzał się puszczać. Jak to on określał, Syriusz wolał mówić na to „zdobywanie doświadczenia” albo „odkrywanie dzikich terenów”. 
– Ok… poniosło cię tango, zdarza się. Jaka w tym moja rola, by ci pomóc? Ponieważ zmieniacza czasu nie mam, by cię powstrzymać przed głupstwami. – Mało nie ugryzł się w język, by nie dodać „już”, ale to nie był temat na taką rozmowę. – Chyba że chcesz mowy pocieszającej.
Regulus był wyraźnie zajęty maltretowaniem własnego swetra, ale uważnie go słuchał, ponieważ gdy Syriusz skończył, ciężko westchnął i kiwnął głową.
– Tak, potrzebuję mowy pocieszającej. Jest ktoś, kto mi się podoba, ale mam teraz problem z tą dziewczyną współlokatora, jest też pewna Gryfonka, której się podobam, i w ogóle moje życie uczuciowe wygląda tak, jakby zdecydowało się wybuchnąć mi w twarz akurat wtedy, kiedy nie ma cię pod ręką.
Syriusz mało się nie roześmiał. Regulus może nie był w tak oczywisty sposób przystojny jak on, ale różnica w jego wyglądzie między szóstą a siódmą klasą była druzgocąca. Nie dość, że z marnych pięciu i trzech czwartych stopy wyskoczył na zdrowo ponad sześć i chyba był nawet wyższy niż Syriusz, to jeszcze jego naturalnie zaokrąglona twarz nabrała bardziej męskich rysów. Nie wspominajmy już o wysportowanym ciele, ponieważ nie grał w quidditcha jedynie dla okrzyków fanów.
Trzeba było mu powiedzieć prawdę prosto w twarz.
– Mój drogi Reggie, musisz pogodzić się z tym, że zrobiło się z ciebie ciacho. – Brat prychnął w odpowiedzi. – A dziewczyny szybko wychwytują, kto zmienił się w gorącą partię, a kto nie. – Oddał mu piwo, ponieważ Reg wyglądał, jakby tego potrzebował. – Na pocieszenie mogę ci powiedzieć, że to nie koniec świata, ludzie hajtają się nawet z nie-dziewicami. Tak, wiem, zaskakujące. Twoje plany nie wyszły, zdarza się. Nie pierwsze, nie ostatnie. A teraz opowiedz mi, jak doszło do twojego tête-a-tête.
– To nie było tête-a-tête, tylko… zemsta – wyznał. – Adam nie wrócił na ten rok do Hogwartu przez to, co się dzieje na zewnątrz, więc wcisnęli nam Rowle’a. Możliwe… że powiedział kilka słów za dużo w pociągu na tematy, o których nie ma zielonego pojęcia, więc gdy piliśmy i jego dziewczyna usiadła obok, to… – Wykonał nieokreślony ruch ręką. – Nie chciałem jej przelecieć, chciałem ją poderwać i zobaczyć, że go to wkurza. Może chciałem także sprawdzić, czy umiem kogoś poderwać i okazało się, że umiem aż za dobrze. 
Schował twarz w dłoniach, a Syriusz poklepał go po głowie. Tylko Regulus potrafił być z jednej strony podłym i wrednym wężem, a z drugiej uroczym pufkiem1, który ma wyrzuty sumienia z powodu nieplanowanego numerku.
I oni byli spokrewnieni. Kto by myślał!
– Nie jestem z siebie dumny, Syriuszu.
– To nic, ja jestem dumny za ciebie. Ej, nie patrz tak na mnie, to było wybitnie ślizgońskie zachowanie. Wkurzył cię ktoś? Odbiłeś mu laskę. Gdyby pisali poradniki „Jak być Ślizgonem”, na pewno byłaby to jedna z rad.
– Syriuszu, nie obracaj mojego życia w żart ten jeden raz. Po co ja w ogóle do ciebie napisałem...?
– Zrobiłeś to, bo mi ufasz. A ja wierzę, że nawet jeżeli wydaje ci się, że z tego twojego trójkąta nie da się wyrwać, to dasz radę. A wiesz dlaczego? Bo ty jesteś jeden, a ich jest trzy, więc to ty wybierasz. Podoba ci się jakaś dziewczyna, ale jesteś w dziwnym pseudo-tworze związku z inną? Rzuć ją. Nie jesteś jej nic winien. Dała ci po pijaku, tyle. Nikt jej pierścionka na palec nie wkładał. Jakaś Gryfońska lwica się tobą interesuje? Widać ma dobry gust, no i tyle, nie jesteś jej nic winien. Skup się na tej wybranej, tej, którą chciałbyś mieć.
Przesiadł się bliżej brata i objął go ramieniem. Regulus mógł być od niego lepszy w zaklęciach, obronie przed czarną magią i zielarstwie (aczkolwiek to ostatnie było średnio imponujące), ale na pewno nie był lepszy od niego w radzeniu sobie ze związkami i dziewczynami. Spotykał się raz czy dwa z jakimiś dziewczynami, ale raczej w romantyczny sposób, a tutaj doszedł mu nagle erotyczny aspekt i wyglądał na zagubionego.
– Podobało ci się przynajmniej?
– Szczerze mówiąc… niewiele pamiętam. I nie wiem, czy to dobrze, czy źle – przyznał. – Nawet nie wiem, jak wyglądała, no wiesz, na dole.
– Cipa? – podsunął usłużnie.
– Musisz być zawsze taki ordynarny?
– Nie wierzę w eufemizmy – stwierdził, co było oczywistą nieprawdą i o czym obaj wiedzieli, po czym dodał od razu: – Słuchaj, Reg, może to lepiej, że nie pamiętasz. A wiesz dlaczego? Bo to strasznie żenujące, gdy dochodzisz szybciej niż wejdziesz, a twój auror nie jest w stanie walczyć przez następne kilka minut. No i wzrok laski, która nawet dobrze nie poczuła, że jesteś w niej… Stary, trauma, naprawdę. Lepiej mieć to za sobą.
Syriusz mówił całkowicie ze swojego doświadczenia i nawet teraz, przypominając sobie te kilka minut sam na sam pod koniec czwartego roku, czuł zażenowanie. Pierwsze koty za płoty, jak to mówią. 
– Mówisz tak, jakby pierwszy raz był czymś do głębi traumatycznym.
– Traumatyczny jest z punktu widzenia dziewic, gdzie jest ból, krew i łzy, ale tego ci z autopsji nie opowiem, bo ja z dziewicami nie sypiam. Krew podczas seksu nie jest podniecająca. – Pokręcił głową. – Zero dziewic. 
Regulus przyglądał mu się uważnie, jakby próbował przetworzyć wszystkie jego słowa i wyciągnąć z nich jakąś mądrość dla siebie, a przynajmniej ocenzurować tę, którą już dostał.
– A jak jest później?
– Później nie myślisz już o tym, gdzie dokładnie jest ta dziura, w którą powinieneś wsadzić. – Reg parsknął krótko. – A o całowaniu, dotykaniu, cyckach, ogólnie o grze wstępnej. To trochę jak z badaniem gruntu? Sprawdzasz, co sprawia największą przyjemność, co się podoba, co nie. No i ogólnie seks jest super. Wszelkie troski odchodzą. Wszelkie! – Na potwierdzenie swoich słów udał, że odgania troski rękami. Tym razem Regulus nie wytrzymał i zwyczajnie zaczął się śmiać. Syriusz uśmiechnął się zadowolony z efektu. – Oczywiście, gdy twoją troską nie jest zbrzuchacenie jakiejś panienki. Reg, my, Blackowie, nie gramy w ruletkę.
– Wiem, że wzięła eliksiry. 
– To dobrze, bo jak na razie dzieci w rodzinie nam nie potrzeba i nie słuchaj tego, co mówi mama. Ona jest cwana. Sama nas miała późno, ale wnuki to zaraz po Hogwarcie mamy robić. Nie-e, Reggie, nie słuchamy mamy. Ona ma teraz klimakterium czy inną zarazę.
Regulus marszczył chwilę brwi, jakby nad czymś intensywnie myślał, a gdy się odezwał, Syriusz wiedział, że próbował sobie przypomnieć konkretne szczegóły.
– Ty sam bierzesz eliksiry, by nie wpaść.
– No biorę.
– Mógłbyś… podać mi przepis, gdybym go kiedyś, oczywiście czysto hipotetycznie, potrzebował?
Syriusz uśmiechnął się wręcz wzruszony, że jego młodszy brat, po wszystkim, co przeszedł, dalej był zainteresowany seksem. Może jednak coś pamiętał, tylko nie chciał się przyznać!
– Reggie, pergamin i pióro – zażądał.
– Zaraz, znasz go na pamięć?
– Oczywiście, że tak. To jeden z tych eliksirów, które powinieneś recytować w nocy o północy i warzyć z zamkniętymi oczami. Tylko go nie nadużywaj, bo możesz zacząć strzelać ślepakami, ale podejrzewam, że więcej niż pięć razy w tygodniu go nie będziesz potrzebował. 
Brat jedynie pokręcił głową przecząco i podał mu pióro z pergaminem. Syriusz szybko nakreślił wszystkie składniki i krótką recepturę, jednak zanim oddał to bratu, wyjął z kieszeni małe lusterko i podsunął mu je razem z przepisem.
– Jest dwustronne. Sowy są puchate i kochane, ale nie dostatecznie szybkie, a przy moim planie studiów prędzej Merlin zmartwychwstanie, niż uda mi się do ciebie wyrwać, więc w razie problemów zalusterkuj do mnie. Postaram się znaleźć chwilę, by z tobą pogadać.
Czuł się dziwnie, oglądając lusterko w rękach Regulusa. Było w kilku miejscach zarysowane na ramce, widać, że używane, a Syriusz dobrze wiedział nawet przez kogo. Teraz jednak należało jedynie do Rega. 
– Dziękuję.
– Nie ma sprawy, brat. A teraz opowiedz mi trochę o tej jednej jedynej.
– Nie ma mowy – zaprzeczył momentalnie. – To moja jedna jedyna, a ty ją poznasz, jeżeli zostanie tą jedną jedyną dziewczyną ze stażem na tyle długim, by nie uciekła po poznaniu ciebie. 
– Sugerujesz, że psujesz twój nieskazitelny wizerunek?
– Psujesz go tak ogólnie, wszystkim, nie tylko mi. Muszę mieć pewność, że mnie nie zostawi, gdy zobaczy, z kim jestem spokrewniony. 
– No to powiedz mi o czymkolwiek. 
Więc Regulus opowiedział mu o podróży pociągiem, że wcale nie zachowywał się nieodpowiednio, tylko robił sobie żarty, że przejmie dziedzictwo brata (i Syriusz przez chwilę mu uwierzył, że zamierzał to zrobić, co go wręcz wzruszyło), że zabrał jakąś książkę z biblioteki, ponieważ był zły, że wiele osób nie wróciło do szkoły na ten rok z obawy przed prześladowaniem mugolaków, chociaż Reg w to nie wierzył, bo Adam przecież był czystokrwisty, a też nie przyjechał, więc ta teoria nie miała wiele sensu.
Syriusz słuchał go uważnie, powstrzymując się od złośliwości, ale i zwykłych komentarzy. Trochę – ale tylko trochę – brakowało mu Rega, jego spokojnego głosu, szybkiego i racjonalnego wyciągania wniosków oraz szerszego obrazka, który zawsze miał przed oczami. Syriusz szedł przez życie jak rozpędzony buchorożec, podczas gdy Regulus wybierał najlepszą opcję z możliwych. Ten jego spokój zawsze stał w opozycji do wybuchowego życia Syriusza i chyba ten ich wieczny kontrast tworzył z nich bardzo dysfunkcyjną, ale na swój sposób zgraną drużynę.
Ku lekkiemu zaskoczeniu każdego z nich, Regulus korzystał z prezentu. Lusterkował wieczorami, gdy Syriusz zazwyczaj siedział w łazience. A nawet gdy go nie było i odbierał w pokoju, szybko z niego wychodził, ponieważ akademik poznał się na jego osobie, przez co ludzie bardzo chętnie wyciągali go na imprezy tak po prostu. Do czego to doszło, że musiał ukrywać się przed alkoholem!
Postawił lusterko na szafce, którą udało mu się transmutować z zabłąkanej listewki i przymocować do lustra zaklęciem trwałego przylepca, więc mógł się spokojnie golić i jednocześnie słuchać brata. A było czego słuchać. 
– ...i wtedy wszystkie mandragory zaczęły krzyczeć, a że robiliśmy przy fruwokwiatach, wiesz, odróżnianie ich od diabelskich sideł, pielęgnacja, te sprawy, to nikt nie miał słuchawek. Pół klasy ścięło z nóg, my z Mary od razu zakryliśmy uszy i wybiegliśmy do pomieszczenia obok, gdzie trzymane są nawozy, ona oczywiście ze swoją gracją pijanego żmijowęża potknęła się o te worki, musiałem ją wyciągać, tam za ścianą krzyk nie z tej ziemi. Syriusz, komedia. Ja naprawdę nie mam dobrego zdania o Sprout, ale dzisiaj przeszła samą siebie. I jeszcze śmierdzę, jakbym wytarzał się w tym nawozie. 
Regulus korzystał z luksusów łazienki prefektów, a z tego, co Syriusz widział w małym lusterku, piana wręcz się wylewała na posadzkę. Nie miał pojęcia, na czym stało drugie lusterko, ale prawdopodobnie na tym samym podwyższeniu, co szklanka z sokiem i czekoladki, które brat podgryzał od czasu do czasu. 
– Nie narzekaj, to ekscytujące zakończenie tygodnia. Ja też chciałbym mieć w piątki tylko jedne zajęcia, ale jak na złość robimy wtedy pudełka przestrzenne, a to wymaga skupienia, koncentracji i trzeźwości, którą ciężko mi ostatnio utrzymać. Serio, aż sprawdzałem w kalendarzu, czy w listopadzie we Francji obchodzi się, oprócz moich urodzin, jakieś ważne narodowe święta, ale poza dwoma dniami związanymi z cmentarzami i jednym z zakończeniem wojny światowej, nie mam pojęcia której, to miesiąc jak każdy inny. A mamy tyle wolnego, że w akademikach trwa niekończąca się impreza. Jakby jeszcze były obniżki w sklepach, ale wszystko jest w tej samej cenie. Chyba nie rozumiem Francuzów tak dobrze, jak mi się wydawało. – Przerwał, by wykonać jedno krótkie, precyzyjne pociągnięcie brzytwą pod nosem. Nigdy nie lubił zaklęcia golącego, ponieważ nie dało się nim osiągnąć takiej gładkości, jaką chciał. – Kim w ogóle jest Mary? 
– Naprawdę, Syriuszu? Po tym długim wywodzie na temat świąt pytasz mnie, kim jest Mary? Ja powinienem zapytać cię, co to są pudełka przestrzenne. 
– To, mój drogi bracie, są zaklęcia podobne do tych na bezdenne torebki dla kobiet. Używa ich się do skrytek w meblach. Otwierasz szufladę, nic tutaj nie ma, a później bach, podnosisz dno, a tam kolejna szuflada, chociaż widać, że fizycznie to nie jest możliwe. Dlatego nazywa się to pudełkiem, ponieważ ono zamyka przestrzeń, i przestrzennym, bo ją kompresuje, gdy jest nieużywana – wyjaśnił, machając przy tym brzytwą na tyle mocno, że chlapnął pozostawioną na niej pianką na lustro. No nic, później posprząta. To nie jego wina, że transmutacja była fascynująca. 
– Czyli ona się pojawia tylko wtedy, gdy się ją otwiera? I co to ma wspólnego z transmutacją? 
– Tyle, że to jest jakby stałe zaklęcie transmutacyjne, które transfiguruje przestrzeń w momencie, w którym go używasz. Niby fajne, ale zanim jakieś stworzysz, musisz je podstawić do wzoru na gęstość i objętość, podzielić przez coś tam i ogólnie jest w tym więcej matematyki niż magii, ale robi efekt wow. Więc kim jest Mary?
Regulus wywrócił oczami, komentując w jednoznaczny sposób to, że Syriusz nie odpuszczał.
– Powinieneś ją kojarzyć. To szukająca Gryffindoru. No wiesz, ta taka o pełniejszych kształtach. Powiedziałeś kiedyś, że jest za gruba na szukającą. 
– Ach! Ta, co to jej tak śmiesznie cycki podskakują, gdy biegnie! Reggie, jakie ty masz koleżanki… – Uśmiechnął się do niego, mają na myśli wszystkie brzydkie rzeczy, jakie można by robić z takim biustem, gdy nikt nie patrzy, na co Regulus jedynie prychnął. – Czekaj, czy Mary to jest ta Gryfonka, której się podobasz? 
– Niestety tak. – Zrobił nietęgą minę i zjadł kolejną czekoladkę. – Znaczy, już jej powiedziałem, że nic z tego nie będzie, że nie jestem zainteresowany i w ogóle, ale dalej tak wiesz, trochę niezręcznie. Co jest dość przykre, bo od samego początku chodziliśmy razem na zielarstwo, bardzo ją lubię, no ale… nie aż tak. – Westchnął. – Ale dogadałem się z Tatianą. 
– Kto to Tatiana?
– Dziewczyna Rowle’a.
– A, ta zaliczona.
– Nie wspominaj o tym. I nie nazywaj jej tak. No więc dogadałem się z Tatianą. Okazało się, że ona wcale nie chciała być ze mną, tylko wyszło dość niezręcznie. Właściwie to się teraz nawet dogadujemy lepiej niż wcześniej. Może przez to, że odcięła od siebie na jakiś czas Rowle’a. Powiedziała, że skoro Jena chodzi z nami razem na eliksiry, to spróbuje mnie wkręcić w jakiś projekt z nią.
– No tak, laski lubią pracować razem. Przepchnięcie się przez linię koleżanek zawsze jest problematyczne. Więc Jena to ta twoja miłość? – Spojrzał w stronę lustra, upewniając się, że ma rację. 
– Masz źle ogolony policzek. Tak, Jena to moja miłość, jak na złość jest niewiele przedmiotów, na które chodzimy razem. Eliksiry są jednym z nielicznych. W ogóle, nie wiem, czy ci mówiłem, ale Tatiana weszła do towarzystwa. Teraz jestem ja, Barty, Lucas z Elliotem, bo oni to przecież w pakiecie, i właśnie Tatiana.
Syriusz dogolił się we wskazanym przez brata miejscu i obmył twarz z pianki. 
– Więc, dla podsumowania: Mary to szukająca Gryffindoru, zadurzyła się w tobie, ma grację pijanego żmijoptaka i ogólnie to się kolegujecie? – Regulus na potwierdzenie kiwnął głową. – Tatiana to dość rozwiązła dziewczyna Rowle’a, ale ogólnie jest do zniesienia i to twoja nowa koleżanka, którą toleruje Barty? – Kolejne potwierdzenie. – A Jena to twoja jedna jedyna? Z jakiego ona jest domu? 
– Z Ravenclawu.
Jeżeli Syriusz wcześniej był dobrej myśli, teraz stracił nadzieję.
– Reg! Żadnych Krukonek! Przecież ona ci całe życie będzie mówić, że wie lepiej od ciebie i nie będziesz mógł się nawet z nią o to kłócić, bo to prawdopodobnie prawda! Brat, nie rób tego sobie. Nie rób tego mnie. 
Śmiech brata był niespodziewany i w dziwny sposób niósł się echem w łazience prefektów, co przez lusterko Syriusza brzmiało naprawdę groteskowo. Zaczął myć zęby, czekając, aż Reg się choć trochę uspokoi. 
– Nie ma co gdybać, bo jeszcze nie jesteśmy razem, ale chyba każda kobieta lubi wiedzieć lepiej. To taka ich cecha.
– Nie, Reggie. Kobiecą cechą jest wybaczanie, ale nie zapominanie i nim się obejrzysz, a ona ci w kłótni wyciągnie, że ósmego października siedemdziesiątego czwartego zrobiłeś to i to. Tak z laskami jest, Reggie.
– Nigdy z żadną nie byłeś na tyle długo – zauważył. – Masz w ten weekend wolne? 
– Jeżeli przez wolne rozumiesz nie jechanie w jeden z krańców Francji, by robić mugoli w jajo na zaliczenie, to tak, mam wolne. Czemu pytasz? Znowu jakaś drama zawisła w powietrzu? 
Regulus milczał dłuższą chwilę. Syriusz dobrze znał tę minę. W jego głowie zachodziły teraz te dziwne procesy myślowe, które wybierały najlepsze rozwiązanie z tuzina innych, automatycznie przygotowanych. Pewnie gdyby siedział obok niego, słyszałby, jak wszystko pracuje pod tą mokrą, ciemną czupryną. 
– Mógłbyś mnie zabrać na weekend do Francji? 
Spojrzał na niego w niemałym szoku, że jego porządny, ułożony brat chciał się wymykać ze szkoły po kryjomu i to nie do Hogsmeade, a za granicę, i to jeszcze na cały weekend. Obudził się w nim mały recydywista. Syriusz poczuł autentyczne wzruszenie, że te wszystkie lata sprowadzania go na złą (według mamy) drogę nie poszły na marne. 
Mógłby umrzeć szczęśliwy, gdyby nie miał przed oczami imprezy, na którą chciałby zabrać Regulusa. 
– Reggie – zaczął spokojnie – jakbym mógł ci odmówić?
I w tym momencie obaj uśmiechali się w ten sam nikczemny sposób. 
Deportowali się ze Szkocji do jednej z bocznych uliczek Paryża, w której w większości stały kontenery i którą mugole się nie interesowały. Regulus oczywiście zrobił typową minę zdegustowanego panicza, ale gdy tylko wyszli na główną ulicę, wyglądał na ożywionego. I trudno mu się było dziwić, ponieważ trafili na poranne sobotnie poruszenie ludzi, którzy mogli wyjść po zakupy o normalnej godzinie i bez wizji pracy nad głowami.
Regulus by pewnie przegonił go po sklepach z drogimi płaszczami i jeszcze droższymi płaszczami, ale Syriusz nie miał kilku tysięcy galeonów, a tym bardziej francuskiej gotówki, by wydać je na młodszego brata.
– Przynajmniej wejdźmy do jednego. 
– Reg, nie zabrałem cię na zakupy, a jeżeli taki był twój plan od samego początku, to zaraz wrócisz do Hogwartu. 
– Spójrz, jaką ma czerwoną podszewkę! 
Syriusz rzeczywiście spojrzał, ponieważ był sroką na czerwone rzeczy, i aż przystanął. Na witrynie wisiał krótki płaszcz z flauszu z srebrnymi guzikami, kołnierzem na stójce i najcudowniejszej, czerwonej podszewce opalizującej na granatowo, jaką Syriusz w swoim życiu widział. 
Wiedział, że musi go mieć. 
Wiedział też, że Regulus wskazał mu go jedynie po to, by wejść do środka i wyszukać czegoś dla siebie i zanim Syriusz odnalazł wieszak z modelem, który mu się podobał, Regulus już pokazał dwa inne, które wpadły jemu w oko. 
– Jesteś niemożliwy – przyznał i przyjrzał się płaszczom. – Załóż ten zielony. – Poprawił go na ramionach brata, by lepiej leżał. – Jesteś pewien, że chcesz taki długi? Jest do kolan.
– Podoba mi się. Wyglądam w nim doroślej – stwierdził zadowolony, przeglądając się w lustrze. 
Trochę racji miał, ale tylko trochę. Dla Syriusza Reg dalej był Reggiem, bez względu na wzrost czy umięśniony brzuch. Zajrzał na metkę, sprawdzając cenę i zrobiło mu się trochę słabo.
Będzie musiał po powrocie brata wstąpić do francuskiej filii oddziału Gringotta. 
Cudem dotarli na teren uniwersytetu, nie zahaczając o kolejne sklepy. Syriusz czuł, że jego portfel cierpiał, a on nie zamierzał mu dostarczać dalszych traum. Oprowadził za to brata po budynku, pokazał mu sale, a przynajmniej stworzył możliwość rzucenia okiem na nie, otwierając kilka z nich zaklęciem. Zaprowadził na stołówkę, która z racji soboty była opustoszała i pachniała w sumie niczym. Przeszli przez park akademicki, który znajdował się na terenie przynależącym do szkoły, wypełniony obecnie wypoczywającymi studentami, głownie palącymi papierosy. Stamtąd trafili w końcu do budynku akademika męskiego, a dalej już do pokoju Syriusza.
– I cały ten teren znajduje się w centrum miasta, ale jest objęty serią zaklęć antymugolskich. Trochę jak Pokątna, tylko dla studentów. 
Regulus rozejrzał się uważnie po pokoju, który nabrał kształtów od momentu, kiedy Syriusz wszedł tutaj po raz pierwszy. Obkleił część ściany przy łóżku zdjęciami, plakaty zespołów powiesił z drugiej strony, poustawiał książki na parapecie, skombinował sobie stojący wieszak na kurtki, który zarzucony był nimi do tego stopnia, że wyglądał jak drzewo, a w nogach łóżka poustawiał puste butelki po alkoholach. Czuł się tutaj teraz bardziej jak u siebie, chociaż brakowało mu jeszcze gramofonu i winyli, ale te zamierzał zabrać z domu po świętach. 
– Fajnie tutaj – przyznał Reg, siadając na łóżku i stawiając sklepową torbę na ziemi. – Masz własny pokój poza szkołą, nikt cię nie kontroluje, o której i gdzie wychodzisz. – Wzruszył ramionami. – Mógłbym się przyzwyczaić. 
Zniszczył fryzurę brata, czochrając mu energicznie włosy. 
– Skończ ty najpierw Hogwart, brat, a nie o uniwersytetach myślisz. – Usiadł obok niego i wyciągnął spod łóżka skrzynkę. – Powiedz mi, jak mocno chcesz się zabawić. 
Regulus spojrzał nieufnie na trzymane przez brata pudełko. 
– Co tam jest?
– Same dobre rzeczy. To jak chcesz się zabawić? 
– Dobrze? – odpowiedział niepewny.
– Dobrze. – Syriusz podniósł wieczko i zaczął przekładać różne woreczki z tytoniem, bibułkami i innymi dobrymi rzeczami. – Ciebie weźmiemy. – Uśmiechnął się sam do siebie. – Spalimy na pół. Jak nic nie poczujesz, to dam ci własnego. 
– Możemy tutaj palić? 
Syriusz wzruszył ramionami.
– Pewnie nie.
Skręcił papierosa z wprawą. Nie dodawał dużo wkładki. Palił już z Regiem, ale normalne papierosy, a dzisiaj chciał go trochę rozluźnić i rozruszać, nie stracić z nim kontakt. Otworzył okno i odpalił, zaciągając się momentalnie. Podał bratu papierosa. Regulus trzymał go chwilę w palcach, oglądając uważnie, ale w końcu sam pociągnął.
– Smakuje inaczej, ale nie czuję różnicy.
– To ma trochę spowolnione działanie. – Rozłożył się na łóżku i zrobił miejsce dla brata. Ten skorzystał. Wymienili się kilka razy papierosem, leżąc ramię w ramię. – Chciałeś pójść na imprezę czy po prostu chciałeś się wyrwać ze szkoły? – zapytał, zdejmując z parapetu popielniczkę i strzepując do niej popiół.
– Chciałem się wyrwać – odpowiedział Regulus, przejmując papierosa. – W szkole jest dziwnie teraz. 
– Czemu?
Odwrócił głowę w jego stronę, patrząc, jak Reg pali, jak ze skupieniem wciąga dym, trzyma go chwilę w płucach, a po chwili pozwala mu wydostać się na zewnątrz w powolnych, leniwych kłębach dymu. Jego mięśnie dalej były napięte, chociaż powinien się już powoli rozluźniać. 
– Wszyscy mówią o Czarnym Panu w Slytherinie.
– Mówią o nim już od jakiegoś czasu – przyznał.
– Nie tak, jak mówili, gdy byłeś w szkole. Teraz otwarcie niektórzy się deklarują, że do niego przystąpią, że szlamy…
– Mugolaki – poprawił go automatycznie.
– ...kradną magię, że nie powinny mieć dostępu do nauki w szkole, że nie powinniśmy mieć możliwości zawierania małżeństw z mugolami. Mówią o wszystkim. – Zaciągnął się ponownie, tym razem mocniej. – Uczą się zaklęć po kątach, zabraniają pierwszakom zadawać się z innymi dzieciakami półkrwi, przekonują czystokrwistych z innych domów do swoich racji. Tam jest okropny bałagan, Syriuszu. – Przekręcił głowę w jego stronę, patrząc mu prosto w oczy. – A ja nawet nie mogę się odciąć, ponieważ Barty i Lucas stoją za nimi. Nawet Tatiana wygląda, jakby nie miała nic przeciwko, gdyby Czarny Pan doszedł do władzy, a ja nie wiem. Nie mam pojęcia, czy by mi się to podobało.
Oddał mu papierosa w ciszy. Syriusz chciał powiedzieć coś zabawnego, co by rozluźniło atmosferę, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Był przecież w Slytherinie, widział, z kim Ślizgoni lubili sympatyzować, ale jak ze wszystkim – to było tylko gadanie. Nie wierzył, by ktokolwiek miał jaja, by faktycznie pójść i stanąć do bratobójczej walki. Na gacie Merlina, wszyscy byli czarodziejami. Lepszymi, gorszymi, ale czarodziejami. Przez lata czystokrwiści narzekali na mugolaków, mugolacy czuli się szykanowani i tak się wzajemnie odbijała ta piłeczka inwektyw od jednych do drugich. Syriusz nie wierzył w wojnę wtedy, gdy Rogacz powiedział mu o jakimś zakonie rycerzy światła, ani nie wierzył, że kółeczko adoracji jakiegoś samozwańczego Lorda mogło stanowić zagrożenie. 
To było tylko gadanie. 
– Słuchaj, Reggie – zaciągnął się i w ten sposób skończył papierosa. Zgasił go w popielniczce. – Nawet jeżeli miałaby być wojna domowa, nie wybuchnie ona z dnia na dzień. To będzie dłuższy proces, jak przy wszystkich wojnach. – Położył mu rękę na twarzy. Z zaskoczeniem zarejestrował, że kości policzkowe brata zrobiły się bardzo wydatne. Chyba skręt zaczął działać, ale nie na Regulusa, a na niego. – Cokolwiek by się nie działo, masz własny rozum. Nie musisz robić tego co Barty, co Lucas ani nawet tego, co Tatiana. Zrobisz to, co będziesz uważał za słuszne i prawdopodobnie to będzie dobre, ponieważ jesteś łepski chłopak. A jeżeli nie będziesz wiedział, co zrobić, to zawsze masz mnie. Wyciągnę cię z największego bagna, w jakie się wpakujesz. 
Regulus uśmiechnął się lekko i zdjął jego dłoń z twarzy, ale jej nie puścił.
– Nawet jeżeli będą to trzy metry mułu? 
– Wtedy będę po prostu bardziej kurwiał.
2.

Teraz, 1981, Anglia, Swindon

Ciało uderzyło o bruk z głuchym hukiem. Syriusz zastygł z różdżką w ręce, zdezorientowany. Coś się właśnie stało, ale co? Ktoś zabił śmierciożercę – jakiegoś, nie wiadomo, nie widział jego twarzy spod maski – ale kto?
Odwrócił się do tyłu z różdżką wyciągniętą przed siebie, chociaż była już bezużyteczna, ale dalej dodawała mu pewności. Zamrugał szybko, by odgonić łzy na widok umorusanego w błocie i krwi Regulusa, który zastygł prawdopodobnie w tej samej pozycji, w której stał, rzucając niewybaczalne. 
Nie widział go tak długo, a mimo to poznał go w ciągu sekundy. Tak szybko też stracił jakikolwiek zapał do walki, cały stres i zmęczenie minionych tygodni spadło na niego zbyt gwałtownie, zbyt niespodziewanie. Tyle go szukał, a gdy w końcu go znalazł, nie wiedział, co powinien powiedzieć, jak zareagować. Wokół latały klątwy, a on czuł, że nie może się poruszyć ani oderwać wzroku od Regulusa.
– Reg… 
Brat wyglądał tak, jakby wybudził się z letargu. Jego oczy na powrót stały się ciepłe i brązowe, nie wyglądały jak dwie czarne dziury na środku twarzy. Patrzył na Syriusza tak, jakby zobaczył ducha i trochę może tak było, ponieważ nie widzieli się tak długo, a każdy z nich zmienił się na swój sposób, wydoroślał i zobaczył rzeczy, których nie powinien widzieć. 
Regulus jednak, w przeciwieństwie do niego, nie dał ponieść się momentowi. W mgnieniu oka wszystkie jego mięśnie się napięły, podbiegł w stronę Syriusza i z pełną siłą naparł na niego, wyrzucając razem ze sobą poza krawędź mostu. 
Syriusz czuł nieprzyjemną nieważkość, gdy spadali. Odruchowo objął mocno Regulusa, jakby w tej beznadziejnej sytuacji dalej chciał go bronić przed światem, i przygotował się na spotkanie z wodą. Nawet jeżeli wiedział, że to nastąpi, był zaskoczony, gdy w końcu do niej wpadli.


1Głupio się czuję, tłumacząc taką oczywistość, ale to jest angielskie określenie na Puchona (Hufflepuff), którym Ślizgoni będą się przerzucać w tym tekście.
Dalej » 3 komentarze
+ + +
© Niah | Akinese | Technologia blogger | helplogger, Rinne Lesair, FontAwesome, GraphicalThought