10 mar 2015

Niekompletni

Główni bohaterowie: Luka, Miha
Bohaterowie poboczni: Gary, Samina
Liczba słów: 2930
Data powstania: 30.12.2013r.
Status: skończone

Miha zaskoczył z dachu zieleniaka pana Burry’ego w największą (i jedyną) kałużę na chodniku.
— Cholera!
Dlaczego Miha skakał z dachu? Ojciec jego byłej dziewczyny – byłej od całych czterech minut, od kiedy wyszedł oknem – nie wyglądał na zadowolonego, gdy zastał Mihę w łóżku ze swoją córką na tworzeniu wyżu demograficznego. 
Rudy był pewien podziwu dla siebie, że potrafił ubrać się w tak niesprzyjających warunkach (wkładanie spodni pomiędzy jednym a drugim podskokiem nie zostanie jego ulubioną dziedziną sportu) i uciec z miejsca zbrodni, zanim wściekły ojciec zdołał go dopaść. W duchu dziękował temu, kto zdecydował się na stworzenie schodów pożarowych akurat w tym budynku.
Niestety, o drodze pomiędzy drugim piętrem a ziemią już nie pomyślał i Miha musiał najpierw dostać się na dach sklepu, a później z niego zeskoczyć. A to, że trafił akurat w kałużę, było tylko nieszczęśliwym zrządzeniem losu, które Miha teraz okropnie przeklinał, wytrząsając wodę ze starych, niebieskich Conversów.
— Gówniarzu! — Ojczulek jeszcze nie dał za wygraną i szykował się do pogoni za chłopakiem. Na szczęście, jego zaawansowana ciąża spożywcza nie chciała zmieścić się w ramie okna.
Rudy nie miał najmniejszej ochoty oglądania porażki wroga dłużej niż to było konieczne. Wolał, by jego twarz nie została zbyt dobrze zapamiętana, a jego była nie zdążyła przypomnieć sobie jego nazwiska.
Bieganie w mokrych i chlupoczących trampkach nie było niczym przyjemnym, szczególnie kiedy trzeba było przebiec kilka ulic i wejść na ostatnie piętro kamienicy, ponieważ „winda się zepsuła”.
Drzwi nie ustąpiły po naciśnięciu klamki. Klucz też na niewiele się zdał. Podnoszenie drzwi i uderzanie biodrem także. Dopiero porządny kopniak z półobrotu, podpatrzony na zajęciach z karate, pozwolił Miszy wejść do środka.
Wnętrze przedpokoju było ciemne, zawalone butami nieznanego pochodzenia i wypełnione dymem papierosowym, który powoli nie mieścił się już w salonie.
Miha zdjął Conversy na stojąco i otworzył sobie biodrem drzwi po swojej prawej stronie, wchodząc do równie zawalonej, co przedpokój, łazienki. O mało nie poślizgnął się na czyjejś koszulce przy stawianiu butów na kaloryferze. Ściągnął palcami u stóp białe skarpetki, które z bielą nie miały teraz wiele wspólnego, i bosą stopą odgarnął ubrania brata, by dostać się do prysznica.
— Miha! Wróciłeś? — Jakiś głos, dochodzący z salonu, zatrzymał go przed wejściem do kabiny, ale widać było to pytanie retoryczne, bo zanim Miha zdążył odpowiedzieć, dodał: — Mam nadzieję, że przyniosłeś coś do żarcia, bo mam zajebiste gastro! 
Rudy zamknął się w łazience na klucz i wszedł pod prysznic, całkowicie ignorując Lukę, jego gastro i wokalistę System of a Down, który właśnie wykrzykiwał refren „Chop Suey”.
— Jesteś okropny. To ja czekam na ciebie, przygotowuję wódkę, skręcam jointy, zbieram towarzystwo, staram się jak mogę, a ty co? Przychodzisz spóźniony, w dodatku bez jedzenia i wypraszasz wszystkich. I to z jakiego powodu? Bo przeleciałeś nie tę laskę, co powinieneś. No wielka mi tragedia, naprawdę. — Luka miał to do siebie, że uwielbiał narzekać i zwalać winę na innych, zapominając przy tym, że, na dziewięćdziesiąt procent przypadków, on też jest winny.
Nie żeby tym razem było inaczej. Miha nauczył się już ignorować wyrzuty brata w sposób bezwarunkowy, potakując średnio co siedem sekund. Sprawdzało się to już tak wiele razy, że nawet gdyby kiedyś się nie udało, i tak puściłby to w niepamięć.
Luka dobrze wiedział, że Miha niekoniecznie go słucha, ale znał kilka sposobów na skupienie uwagi brata na sobie.
— Samina dzwoniła — powiedział, podpierając policzek ręką, której łokieć oparł na podłokietniku fotela. — Pytała, czy mamy czas. 
— I co jej powiedziałeś? — Rudy poczuł nagłą potrzebę zrobienia czegoś z rękami. Postanowił przeczesać czerwone włosy ręką i spojrzeć w lustro po swojej prawej. I znowu odrosty…
— A co mogłem jej powiedzieć? — Luka wywrócił teatralnie oczami i uśmiechnął się tak, jak uśmiechają się ci, którzy knują coś niedobrego. — „Oczywiście, że mamy, Sammy. Dla ciebie, zawsze”.
— Musiała się wkurzyć. — Miha uśmiechnął się nie bez złośliwości, wyobrażając sobie minę Saminy, którą ktoś nazwał per „Sammy”. 
— Proszę cię, Miha. Samina się na mnie nie wkurza, tak? — Specjalnie uniósł przedramię ku górze i pozwolił dłoni spokojnie zawisnąć w „syndromie zwichniętego nadgarstka”. — Ona, co najmniej, szaleje ze wściekłości, by nie powiedzieć, że się wkurwia.
Obaj się zaśmiali. Miha głośno i szczerze, odchylając głowę do tyłu, a Luka zginając się w pół.
Luka urodził się czternastego listopada za piętnaście trzecia, gdy na dworze czerwone i złote liście wirowały jak szalone, tworząc małe „tornada” na chodnikach.
Miha, natomiast, urodził się czternastego listopada za osiem trzecia, gdy wiatr przestał wiać, a kolorowe liście opadały powoli ku ziemi, oświetlane przez promienie słoneczne.
Jak to z bliźniakami bywa, znacząca większość ich znajomych, znajomych ich matki, sąsiadów i przypadkowych ludzi nie potrafiła ich rozpoznać i uważała, że chłopcy są identyczni.
Te same brązowe włosy, błękitne oczy, małe, zadarte nosy, okrągłe policzki, krzywe nogi i po dwa piegi na każdym policzku. Tak było do dwunastego roku życia, dopóki w życiu chłopców nie pojawiła się Samina.
— Oni nie są identyczni — mówiła, patrząc nieprzychylnie na każdego, kto chciał podważyć jej słowa. — Mogą być, co najwyżej, podobni. — Wzruszała jednym ramieniem i odrzucała włosy do tyłu. — Luka ma piegi na prawym policzku bliżej oka, a Miha ma jaśniejsze o niecały ton włosy. Do tego Miha ma pełniejsze usta, a Luce robi się dołeczek, jak się uśmiecha. — Gdy to mówiła, pokazywała na twarzach chłopców różnice, łaskocząc Lukę po policzku i czochrając Miszy włosy.
Oczywiście, nigdy nie powiedziała, że Luka ma bardziej krzywe nogi, od stania na zewnętrznej stronie podeszwy, gdy się tłumaczy, a Miha wygląda, jakby cały czas kulił głowę w ramionach. 
Teraz, gdy mieli już po siedemnaście lat, różnice były widoczne z daleka.
Brązowe włosy Luki były ciemne jak drewno hebanu i asymetrycznie ścięte. Wyglądały zazwyczaj tak, jakby chłopak dopiero co wstał z łóżka i nie mógł znaleźć szczotki. (Często tak właśnie było.) Cztery piegi wyblakły z biegiem lat, a nos zrobił się prosty i smukły. Dołeczek zmienił się w dwa dołeczki po obydwu stronach ust. Dołączyły do nich jeszcze zmarszczki mimiczne od uśmiechania się. Okrągłe policzki zrobiły się smukłe i zapadły do środka, uwydatniając kości policzkowe. Nogi już nie były krzywe, a długie i przeważnie obute w skórzane buty. Jego sylwetka się wyciągnęła do prawie metra dziewięćdziesięciu, a grono zakochanych w nim dziewczyn, z własnej klasy, rozrosło się do większości szkoły.
Miha był rudy, a raczej szkarłatny, bo jego włosy były wściekle czerwone i krótko ścięte. Miał nawyk zaczesywania ich do tyłu, a że rosły bardziej w stronę czoła niż tyłu głowy, unosił je automatycznie w górę za każdym odgarnięciem. Jego piegi nie wyblakły, jak te brata. Zostały takie jak były – małe i jasno brązowe. Usta były bardziej różowe i wydatne, idealne do całowania. Chodził wyprostowany i nabrał pewności siebie, która dodała mu całe dwa centymetry przewagi nad bratem. Jego garderoba nabrała kolorów, a prym wiodły szarawary w kolorowe plamy, które zrobiła dla niego Samina na piętnaste urodziny.
Jeżeli była jakaś cecha wspólna, która nie zmieniła się u nich od samego początku, była nią miłość do psot. Można by powiedzieć, że obustronna.
Samina nie prowadziła legalnych interesów, bo ktoś taki jak ona, pracując na kasie, nie wyżywiłby małego dziecka, które zdominowało jej świat. Tak właściwie, nawet posady kasjerki by nie dostała, ale to całkiem inna historia.
Sammy poznała Mihę i Lukę, gdy błąkali się wieczorem po szemranych ulicach. Para dwunastolatków rzucała się bardziej w oczy niż Lady Gaga w sukience z mięsa, a zdana na łaskę własnych hormonów Sam nie była w stanie przejść obojętnie obok dwóch smutnych i pozostawionych samym sobie chłopców.
Oczywiście, gdy już się dowiedziała, że pokłócili się z ojcem i postanowili w ramach buntu uciec z domu, ostro złoiła im skórę i odprowadziła pod samiutkie drzwi, ale gdy zapukali do jej mieszkania następnego ranka i zapytali, czy mogą zostać, nie umiała im odmówić. 
Nawet teraz, gdy mały, niespełna pięcioletni Liam, otworzył im drzwi i zaprosił ich do środka, widziała dwie okrągłe buzie z niebieskimi oczami i brązowymi grzywkami.
— Moja najukochańsza Samino... — Luka usiadł obok niej, obejmując ramieniem i robiąc jedną ze swoich seksownych min. Był pewien, że kiedyś się uda i Sam dostrzeże w nim mężczyznę swojego życia.
— Chłopaki, Brief mi mówił, że na drugiej ulicy założono nowy sklep jubilerski. — Kobieta od razy przeszła do rzeczy, odgarniając blond loki z twarzy i przybierając poważna minę, którą miała zawsze, gdy chodziło o interesy. — Nie ma jeszcze kompletnego monitoringu. Waszym zadaniem będzie wybranie się tam i zrobienie rozeznania, jasne? Luka, będziesz udawał młodego, zakochanego chłopaka, który wybiera pierścionek zaręczynowy, a Miha, jako twój brat, będzie ci doradzał. 
Miha rzucił szybkie spojrzenie Luce, który zacisnął usta w wąską linię, nie dając po sobie poznać, że wolałby, by Samina w końcu zwróciła na niego uwagę niż myślała tylko o pieniądzach. Jednak gdzieś tam za nimi mały Liam bawił się papierowymi samolotami i bliźniacy wiedzieli, że na szczycie piramidy wartości Saminy zawsze będzie ten mały, czarnowłosy dzieciak.
— Nie ma sprawy, Sam. — Luka wzruszył ramionami, uśmiechając się szeroko. Podszedł do Liama i wziął go na ręce, okręcając się z nim, by ukryć smutek.
— Ten jest fantastyczny! Ale zaraz... Miha, widzisz ten delikatny grawerunek na tym? Nie, jest zdecydowanie lepszy od tego. Ale mogłaby mi pani pokazać jeszcze tamten złoty?
Luka był mistrzem, jeżeli chodziło o robienie przedstawienia. Przeważnie zajmował się odgrywaniem jakiś dramatycznych poz, przez co został okrzyknięty Królem Dram, ale świetnie odnajdywał się w każdej sytuacji. Tym bardziej, gdy musiał przekonać kobietę.
Ekspedientka była tak zauroczona przystojnym i zakochanym młodzieńcem, że przestała zwracać uwagę na Mihę, który ukradkiem rozglądał się po sklepie i wyobrażał sobie w głowie zakres pola widzenia kamer. Był śmiesznie mały, bo lewej gabloty, wypełnionej biżuterią religijną, całkiem nie obejmował. Można było wietrzyć podstęp, ale komu było to teraz w głowie, gdy Luka wypowiadał się na temat urody swojej ukochanej: jej blond włosów złocących się w słońcu, głębi jej zielonych oczu, w których można było się wpatrywać godzinami, różanych ustach przeznaczonych do całowania, czy delikatnych dłoniach, które mógłby trzymać w swoich aż do końca świata i jeden dzień dłużej.
Miha zacisnął ręce w pięści, gdy jego bliźniak wypowiadał się na temat urody Saminy, jakby naprawdę chciał kupić jej pierścionek zaręczynowy. Luka nadal nie mógł zrozumieć tego, że kobieta, która raz sparzyła się na związku i była samotną matką, nie była skłonna do szybkiego wchodzenia w nowy. 
Dzwoneczek nad drzwiami zabrzęczał wesoło, gdy kolejna osoba weszła do sklepu. Miszy dech zaparło w piersiach, gdy w odpiciu gabloty z Roleksami zauważył twarz swojego ojca. Szczupłą, pociągłą twarz Gary'ego z tak samo niebieskimi oczami jak Mihy i brązowymi włosami, jak jego odrosty.
Luka miał jeszcze kilka sekund udawanej radości, nim poczuł na sobie to zimne i nieprzychylne spojrzenie i nie odwrócił się w jego stronę.
— Luka, Miha. — Gary zwrócił się do synów, chociaż w stronę rudego nawet nie spojrzał, wwiercając swój wzrok w pierworodnego. — Cóż za nieoczekiwane spotkanie. — Podszedł do Luki, przyglądając się pierścionkowi, który chłopak trzymał w rękach. — Piękny. Masz zamiar oświadczyć się sam sobie? 
Czarnowłosy odetchnął głęboko, a jego twarz z zaskoczonej powoli zaczęła się zamieniać w maskę bez emocji, jaką samą jak ta, którą Gary nakładał każdego ranka przed nałożeniem kremu pod oczy. 
— Zamierzam oświadczyć się Saminie, tato. — Zaakcentował ostatnie słowo, odkładając pierścionek na ladę. — Przyjdę kiedy indziej. Chodź, Miha, wychodzimy. Zrobiło się tłoczno. — Minął ojca, trącając go ramieniem i otwierając drzwi tak zamaszyście, że mały dzwoneczek o mało co nie wypadł z zawiasów.
Miha zatrzymał się przy Garym, patrząc mu prosto w oczy przez chwilę. Właściwie, to nigdy nie chciał się znaleźć w takiej sytuacji, gdzie nie mógłby stanąć za Luką, ponieważ robił on coś totalnie głupiego i nieodpowiedzialnego. Oni zrobili razem coś całkiem nieodpowiedniego, wyprowadzając się z domu. Mogli przecież porozmawiać z tym oschłym i nieprzystępnym człowiekiem, który czytał im bajki do snu i uczył jeździć na rowerze. Mogli mu przecież powiedzieć, że źle się czują z tą presją bycie najlepszymi w dziedzinach, których nie cierpią. Że wcale go nie nienawidzą tak, jak powiedzieli, tylko są troszeczkę zawiedzeni jego postawą.
— Pieprz się.
Mogliby, gdyby nie byli tak dumni i pewni siebie. Gdyby nie byli tacy, jak Gary.
— Złapią nas. Jak amen w pacierzu, Samina, złapią nas. Czy ty tego, do kurwy nędzy, nie widzisz?! — W panice Luki było coś takiego, że zarażał on nią innych. 
Miha już siedział za gablotą i mamrotał pod nosem, trzęsąc się ze strachu. Nie chciał, by tak to się skończyło. Jasne, mógł się bawić w niewinne palenie jointów z bratem, imprezy do rana, ucieczki z domu i wagary, ale tak naprawdę nigdy nie chciał być zatrzymanym za napad. Chciał być siatkarzem. Chciał reprezentować swój kraj, wygrywać meczy i wypowiadać się w telewizji. Chciał być gwiazdą, a teraz, z wpisem w papierach, mógł co najwyżej podawać ręczniki.
— Luka, zamknij się. Zamknij się, do jasnej cholery! Wiem o tym, rozumiesz? Wiem-o-tym. Spójrz na Mihę. Spójrz! Jest przestraszony, nie pogarszaj tego. — Sam złapała Lukę mocno za ramię, starając się sprowadzić go na ziemię.
— Jest przestraszony przez ciebie. To twoja wina. Dlaczego ja muszę nadstawiać karku dla ciebie? Dlaczego my musimy!? Gdybym cię... cholera jasna! — Luka uderzył z całej siły w pancerną szybę, opierając o nią czoło. — Gdybym cię nie kochał, wszystko byłoby takie proste. Pogodziłbym się w końcu z ojcem, zdałbym do następnej klasy, bawiłbym się teraz moim rodzeństwem, a nie... — Głos mu się załamał.
— Luka. — Samina odwróciła jego twarz w swoją stronę. — Jeżeli naprawdę mnie kochasz, pomóż mi uciec. Nie mogę zostawić Liama samego. 
Luka patrzył na napiętą twarz Saminy, zastanawiając się, co widział w niej takiego wspaniałego do tej pory. To była skrzywdzona kobieta, która nie liczyła się z nikim, jeżeli chciała osiągnąć jakiś cel, a on dał się jej złapać na ładne oczy. Wciągnął w to też Mihę i nie mógł sobie teraz tego wybaczyć.
— Prędzej zgniję w piekle, Sammy, niż udam, że obchodzi mnie twój bękart — powiedział, patrząc jej prosto w oczy.
Sam odetchnęła głębiej i nacisnęła spust broni, wycelowanej w brzuch Luki. Miha krzyknął, gdy brat upadł na niego. Szybko skojarzył fakty, gdy zauważył Lukę trzymającego się za krwawiący brzuch i powoli wstającą Sam, która mierzyła do niego z pistoletu. Podjął decyzję w ciągu chwili.
Rzucił się na Sam, przewracając ją na ziemię, po czym przeskoczył przez gablotę, biegnąc do drzwi.
— Pomocy! 
Gary zastał Mihę śpiącego na krześle przy łóżku brata. Luka leżał blady wśród białej pościeli, a jego czarne włosy przykleiły mu się do czoła. Gary usiadł po drugiej stronie, przyglądając się jego twarzy w zamyśleniu.
— Wiedziałem, że przyjdziesz.
Głos Mihy wyrwał go z zamyślenia. Rudy poprawił się na krześle i wyrwał nos rękawem bluzy, przyglądając się bratu. Przez chwilę przygryzał dolną wargę zębami, zbierając się do rozmowy, aż w końcu westchnął głęboki i schował twarz w dłoniach.
— Lekarze mówią, że jego stan jest stabilny i że wyjdzie z tego — poinformował syna Gary. — Wiec przestań płakać w rękaw i zejdź mi z oczu. Twoja matka czeka na korytarzu na ciebie.
— Dlaczego mnie tak bardzo nienawidzisz? Co takiego zrobiłem, że nie zasługuję na twoją uwagę? Ani na głupie „jak dobrze, że nic ci nie jest, Miha”? — spytał z wyrzutem, zbyt długo dusząc to w sobie. Nie rozumiał, jak to się stało, że z tego bardziej lubianego syna przerodził się w tego najgorszego. Co poszło nie tak? 
— Bo poszedłeś za swoim bratem niczym świnia na rzeź, nie przejmując się tym, że kogoś mogło obchodzić to, czy coś się stanie twojej ryżej głowie. Na niego też jestem zły, ale na ciebie bardziej, bo uciekłeś, jakby to było modne, ty głupia, nieszczęśliwa primadonno. Masz szczęście, że policja uwierzyła w twoją łzawą opowieść o tym, jak blondynka, metr sześćdziesiąt w kapeluszu, zaszantażowała dwóch nastolatków i chciała ich wrobić w napad. Wspaniała gra aktorska. Naprawdę, brawa. — Gary klasnął kilka razy w dłonie, patrząc prosto na Mihę.
— Nie rozmawiałeś z nami, nie miałeś dla nas czasu. Czuliśmy się odsunięci — zarzucił mu, zaciskając dłonie w pięści.
— Pracuję, Miha. Mam też dwójkę innych, małych dzieci, które mnie potrzebują bardziej niż wy. To właśnie oznacza bycie starszym bratem – ustąpić komuś. Żaden z was tego nie rozumie. Potraficie tylko mówić, co wam się należy, a zapominacie o tym, że powinniście coś dawać też od siebie. Nie będę was niańczył przez całe życie i wiązał wam butów. Musicie kiedyś dorosnąć.
Miha wziął Lukę za rękę, przyglądając się jego twarzy i głaszcząc kciukiem wierzch jego dłoni.
— Chciałem tylko, byś przyszedł na mecz i zobaczył, jak wygrywam. To naprawdę tak wiele? Jeden mecz, gdzie wyłączyłbyś telefon i patrzył tylko na mnie? Wiem, że nie jestem twoim jedynym dzieckiem, ale niczego bardziej nie pragnąłem niż tego, byś zobaczył jeden cholerny mecz. A ty powiedziałeś, że masz spotkanie i że musisz się przygotować, a takich meczy będzie jeszcze wiele. Czasami chciałbym, byśmy wrócili do naszego małego domu na przedmieściach, gdzie bywałeś w nim częściej niż na noc. Nie potrzebujemy tyle pieniędzy. Potrzebujemy ciebie. 
Gary patrzył na niego, starając się odszukać na twarzy Mihy czegoś, co wskazywałoby na to, że to kolejna łzawa przemowa, by dojść do obranego celu, ale rudy był jak najbardziej poważny. Gary wyciągnął do niego rękę i złapał jego wolną dłoń, ściskając ją mocno.
— Idź do matki i ją przeproś albo wyjdź stąd i więcej nie pokazuj mi się na oczy.
Miha uśmiechnął się lekko do ojca, którego kąciki ust drgnęły niezauważalnie i wyszedł z pokoju. Gary został z nieprzytomnym Luką sam na sam i zastanawiał się, nad tym, kto tutaj był bardziej winny.
Lub po prostu całą trójką mieli krzywe kasetony pod kopułą.

6 komentarzy:

  1. Witam,
    dawno tutaj nie miałam okazji zajrzeć, ale powracam...
    bardzo wspaniały tekst, wspaniale wszystko jest tutaj przedstawione...
    Dużo weny życzę Tobie...
    Pozdrawiam serdecznie Basia

    OdpowiedzUsuń
  2. Lubię twoje krótkie opowiadania, wiesz? No, teraz na pewno.
    Całkiem ciekawe spojrzenie na bliźniaków i w sumie interesująca historyjka. Mam wrażenie, że Miha na siłę stał się podobny do brata w zachowaniu (pierwsza scena może być śmieszna na początku, ale na końcu jakoś tak smutno, nieprzyjemnie, gdy się o niej pomyśli. Luka znów to straszny narwaniec i uparciuch – zupełnie nie myśli nad konsekwencjami, a później jest za późno. Samina również dodaje smaczku w tej interesującej ekipie włamywaczy. To, że bardziej interesuje ją los dziecka niczym nie dziwi, ale fakt, że jest gotowa postrzelić wspólnika to już zupełnie coś innego (będzie jeszcze coś z nią kiedyś?). Natomiast Gary i myśl, jaką chciałaś przekazać... hm, mi pasuje – w zasadzie wszystko zostaje do własnej interpretacji i nikogo nie obwiniasz na siłę. Jako jednostrzałowiec opowiadanie czyta się bardzo fajnie.
    Jeżeli chodzi o poprzedni rozdział, przeczytałam, ale nie czuję się na siłach go komentować.
    Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. P.S. Zakładka z bohaterami nic nie daje, ale jak chcesz - proszę bardzo. Zresztą jakoś nigdy nie byłam zwolenniczką tek zakładki i nie wiem po co ona jest...
      Jeżeli chodzi o dodany ród, tutaj lepiej, ale trochę mało szczegółów i wypadałoby dopracować (bo chyba nie jedna Melania będzie wspominana w opowiadaniu, prawda?).

      Usuń
    2. Ja też lubię krótkie opowiadania, dobrze się je pisze i nie trzeba na siłę drążyć wątków, wracać do nich lub zmieniać, tylko pozostawia je się w domyśle i one są, tak po prostu.
      Ten tekst jest i nie jest krótkim opowiadaniem. Bo jako tekst sam w sobie kontynuacji nie ma, ale na pewno napiszę coś jeszcze z bohaterami, którzy tam występują. Są dobrze wykreowani, więc nie ma co ich marnować. A dla Saminy przeznaczę cały jeden, oddzielny, więc jakby jej motywy się trochę wyjaśnią. Czasami pisanie takich zwykłych rzeczy, gdzie nie ma magii i bohaterowie są ograniczeni przez realia, jest odświeżające.
      Wiesz, nie było co kogo obwiniać, bo oni wszyscy byli winni jednakowo i na swój sposób - żaden nie chciał naprawić sytuacji, umieli tylko narzekać i obwiniać innych.
      Dzięki za komentarz odnośnie rodów i bohaterów. Tej drugiej zakładki nie byłam pewna i właściwie nie wiem, po co została stworzona. Jakiś impuls chwili czy inne gadziejstwo. Co do rodu McMillanów, na razie nie mam co go rozbudowywać, by nie spoilerować, ale postaram się dodać te szczegóły, które nie zdradzają fabuły.
      (P.S. Przeczytałam rozdział na Rancie, ale mam w szkole tak kiepski internet, że skomentuję dopiero na weekendzie.)
      Pozdrawiam, Niah.

      Usuń
    3. Czyta się bardzo przyjemnie, ale zawsze mam przy nich problem z komentarzem, bo wydaje mi się, ze tylko powtarzam to, co jest zawarte w tekście (a strasznie nie lubię tego robić).
      O, to popieram, bo bohaterowie faktycznie bardzo przypadają do gustu nawet, jeżeli mają mnóstwo za uszami :D
      Cudowna zakładka bohaterowie nie wiem po co istnieje. Nigdzie nie widziałam sensu jej pojawienia się (jedyne, co zawsze z niej wynosiłam to wiadomość, kto będzie znaczącym bohaterem - zazwyczaj na samej górze była główna postać, a im dalej w dół mniej ważne; w ogóle u ciebie był chyba Reg, nie? Zdziwiło mnie to.)
      Ech, popraw ten poprzedni rozdział, bo chyba nie zczaiłaś aluzji.
      (Spoko, nikogo nie popędzam :P)

      Usuń
  3. Hej, Niah. Porwałam Twojego bloga do swojej kolejki na http://wspolnymi-silami.blogspot.co.uk/ Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko?
    Chciałam też zapytać o szablon, bo się u mnie w ogóle nie wyświetla i nie bardzo wiem, czy tak powinno być, czy coś się popsuło?

    OdpowiedzUsuń