12 kwi 2015

[BEZRUCH] Dzieci

7 maja 1980r.

— Ona chce go nazwać Kleofas. 
Syriusz westchnął kolejny raz tego dnia i zdecydował się nalać swojemu kuzynowi, Cepheusowi, siódmej wodzie po kisielu z nazwiskiem Black, szklankę koniaku, by uspokoić jego nadszarpnięte nerwy. 
Cepheusowi jakiś czas temu trafiła się panna Yaxley za żonę, a jak powszechnie było wiadomo, kobiety z tego domu bardzo broniły swojego zdania i nie rezygnowały z niego tak łatwo, jak tego od nich oczekiwano. Szanowna małżonka Cepheusa stwierdziła, że chce nazwać ich dopiero co narodzonego syna Kleofas z powodu jakiegoś świętej pamięci dziadka, który zmarł podczas wojny z goblinami czy w czasie innej epidemii i nic nie było w stanie uzmysłowić jej tego, że zwyczajnie krzywdzi swojego małego brzdąca tym imieniem. Oficjalnej ceremonii chrzcin jeszcze nie było, więc nadal istniała szansa, że chłopiec nie będzie musiał się wstydzić do końca swoich dni.
Cepheus ubzdurał sobie, że gdy powoła się na tradycję rodu Blacków to Syriusz, zapewne w magiczny sposób, przekona jego żonę do zmiany zdania. Jasne, tradycja tradycją, Blackowie krzywdzili dzieci od pokoleń dziwnymi imionami, ale nikt oficjalnie nie zabronił nazwać dziecka John czy Kate. Kleofas nie było aż tak pospolite, pomimo tego że niezbyt ładne, ale Syriusz nie mógł powiedzieć kobiecie, że zabrania nazwać jej własnego dziecka tak, jak sobie zażyczy! Szkoda tylko, że Cepheus od pół godziny nie mógł tego pojąć...
— Zrozumiałem już za pierwszym razem. — Sobie także nie żałował koniaku. Zdecydowanie musiał ukoić nerwy, które bezmyślny bełkot kuzyna wystawiał na próbę.
— Więc zrób coś! Jesteś głową rodu, powinieneś rozwiązywać wszystkie problemy, a nie mi potakiwać. Ona chce skrzywdzić mojego syna, nie mogę jej...
— To też jej syn. — Syriusz pochylił się gwałtownie nad mężczyzną starszym od niego o siedem lat i zmierzył go niechętnym spojrzeniem. — I jeżeli nie możesz przekonać baby, której zrobiłeś dzieciaka, do swoich racji, to zastanów się kto tutaj powinien nosić gorset w tym związku. Żona cię przegadała i jeżeli się dałeś, to już nie moja sprawa. 
— Jak śmiesz odzywać się do mnie w ten sposób?! — Mężczyzna aż wstał, a jego płowe włosy, przygładzone elegancko żelem, odskoczyły w kilku miejscach. — Nie masz w ogóle szacunku do starszych!
— Nie mam szacunku dla tych, którzy nie potrafią sami rozwiązywać własnych problemów i obarczają nimi innych. Nie zamienię z twoją żoną słowa. To wszystko, możesz iść.
— Jak...!
— Nie powtarzaj się. Tam są drzwi, do widzenia. 
Cepheus chwycił swoją marynarkę agresywnym gestem i wyszedł z salonu Syriusza trzaskając drzwiami. Zrobił to z taką siłą, że klamka w kształcie główki węża wyłamała się z zawiasów i zawisła smętnie. 
Syriusz opadł ciężko na kanapę. Przyjechał do Anglii, by szukać Regulusa, a od ponad miesiąca, od kiedy rodzina dowiedziała się, że wrócił do kraju, codziennie ktoś do niego przychodził z „niecierpiącą zwłoki” sprawą. Jeżeli wcześniej były to rzeczy głównie powiązane z handlem i wypożyczaniem ksiąg lub artefaktów z domu, tak Cepheus go załamał swoim zachowaniem.
Polluks powiedział mu kiedyś, że istnieje coś takiego, jak odłam ich rodziny składający się z osób „czystej krwi, ale brudnego łoża”. Inaczej mówiąc, zwykłych bękartów, którym pozwalano nosić nazwisko (jeżeli byli chłopcami i wykazywali zdolności magiczne), ale nie mieli aż tak rozbudowanego prawa do dziedziczenia majątku. Jednym z takich Blacków gorszego pochodzenia był Cepheus, któremu jakimś cudem udało się przekonać starego Yaxleya, by oddał mu swoją córkę, co było dla Syriusza jakimś dziwnym, niepojętym aktem rozpaczy ze strony podstarzałego czarodzieja. Jak widać była panna Yaxley miała tak wspaniały charakter, że grono jej adoratorów prawdopodobnie bardzo szybko zmniejszyło się do zera, a gdy napatoczył się ktoś z odpowiednim nazwiskiem i na tyle szalony, by ją brać, stary długo nad tym nie myślał i pozbył się problemu.
Szkoda tylko, że ten problem zawędrował aż pod próg domu Syriusza.
— Stworku. — Skrzat dosłownie po sekundzie pojawił się w pokoju z cichym pyknięciem, zawachlował uszami przy ukłonie i spojrzał na swojego pana z rezerwą. — Czy ktoś jeszcze ma przyjść?
— Nie, panie, ale przyszedł list. 
Stworek wręczył swojemu panu czarną kopertę z herbem Blacków. Syriusz otworzył ją niedbałym ruchem i przejrzał treść listu. 
Szanowny Panie Black,
Piszę do Pana z prośbą o jak najszybsze spotkanie. Chciałbym przeprowadzić niezwłocznie Rytuał Czystości.
z pozdrowieniami
Doradus Black
Syriusz uniósł jedną brew i dokładnie przyjrzał się listowi. 
Rytuał Czystości nie zwiastował nic dobrego. Został wymyślony głównie z myślą o tym, by linia Blacków była czysta i składała się tylko z prawowitych członków, w których na pewno płynęła dobra odmiana błękitnej krwi.
Od wielu lat praktykowanie go nie było już powszechne. Syriusz doświadczył go na własnej skórze podczas oficjalnego zostania głową rodziny, bo tak nakazywała tradycja.
Doradus prawdopodobnie przyniesie mu małe dziecko, by potwierdzić swoje ojcostwo. Wziął czysty arkusz z szafki i usiadł przy biurku, odpisując, by Black pojawił się następnego dnia z rana. Wręczył list Stworkowi do rąk.
— Wyślij go sową do Doradusa. Przynieś mi również tę książkę w czerwonej skórze bez tytułu z biblioteki. 
— Podać także kolację? — Zapytał skrzat, skłaniając się nisko.
— Kolację? — Syriusz obejrzał się na zewnątrz, gdzie już panował półmrok. Westchnął ciężko i podparł policzek ręką. — Wiesz co, zostaw mi tę księgę na stole, a kolację podasz gdy wrócę. Muszę wyjść z tego domu. — Chwycił za klamkę, by otworzyć drzwi, ale srebrna główka węża tylko poruszyła się miękko w jego dłoni. — I napraw drzwi. — Wyszedł poprzez inny pokój do holu.
Grimmauld Place – za względu na, jakby nie patrzeć, mała powierzchnię – było zaprojektowane w amfiladzie, gdzie przechodziło się do jednego pomieszczenia przez inne. Z jeden strony było to wygodne, z innej nie.
Założył płaszcz i wyszedł na zewnątrz. Noc była ciepła i bezwietrzna. Nie pachniała też kurzem i starością, jak cały jego dom, więc była naprawdę miłą odmianą. Mógł jeszcze zmienić garnitur na jeansy i jakąś wygodną koszulkę, ale stwierdził, że nie ma ochoty wracać, by się przebrać, więc odszukał tylko papierosów w płaszczu i przeszedł się wzdłuż ulicy do magicznego Londynu.
Prawie zapomniał jak wygląda Pokątna, gdy na nią wszedł przez Dziurawy Kocioł. Alejki pełne sklepików, w których można było kupić wszystko i jeszcze więcej, kolorowe szyldy, które poruszały się i świeciły za pomocą magii i wszędzie ludzie. 
Tak przynajmniej było, gdy był mały, bo dzisiejszej nocy sklepiki były w większości pozamykane, a po ulicy błąkało się tylko kilka przypadkowych osób. 
Nadal nie czaił tej wojny. Niby wiedział, że była, że ludzie umierają, że ktoś głosi na prawo i lewo jakieś durne hasła, ale on tej wojny nie widział. Dla niego Anglia była taka sama, tylko ludzie się zmienili – stali się przestraszeni, dziwni i robili nielogiczne rzeczy. Jak Regulus. Merlinie, Syriusz nie pojmował, dlaczego jego brat dołączył do jakiejś sekty, by popierać półkrwi czarodzieja! Do tego pytanie Barty'ego cały czas chodziło mu po głowie – „popierasz ideologię Dumbledore'a o miłości do mugoli?” 
Niczego nie popierał. Mugole byli mu obojętni, po prostu żyli obok nich i jakoś mu to nie przeszkadzało. Mieli fajne ubrania i muzykę, ale za nic nie zamieniłby magii na koncert AC/DC. Dumbledore'a nie widział od końca szkoły. Może starego trochę poniosło i zaczął się oficjalnie sprzeczać z Czarnym Panem? Kto wie, jak u niego przebiegła demencja starcza. Zawsze był trochę nawiedzony, ale chyba nie aż tak?
Wszedł na Nokturn, bo tutaj było dużo więcej ludzi i wydawało się, że ta ulica nie jest wymarła. Mimo to, nie poczuł ulgi, widząc życie na Nokturnie, bo skupiło się ono przy zniszczonej kamienicy, gdzie grupka ludzi rozmawiała między sobą, komentując to zjawisko. Mimochodem podszedł do niej, próbując wyłapać coś wartościowego z rozmowy.
— … podobno byli nawet aurorzy. Mówię wam, moje drogie, to była pułapka. — Kilka starszych czarownic w podniszczonych ubraniach rozmawiało między sobą.
— Ministerstwo nie pozwala się czuć teraz nigdzie bezpiecznie!
— … i ten biedny chłopiec, którego zabrali... ten biedny chłopiec... — zawodziła najstarsza z nich, zgarbiona i pomarszczona niczym skrzat domowy. 
Syriusz już miał dotknąć jej ramienia i poprosić, by udzieliła mu większej ilości szczegółów, gdy ktoś rzucił mu się na szyję i pocałował w policzek. Uderzył go odurzający zapach ciężkich i mocnych perfum, pomieszany z zapachem alkoholu.
— Kuzynie, cóż za spotkanie! 
Ballatrix uśmiechała się do niego drapieżnie, a jej usta pomalowane były najbardziej czerwoną szminką, jaką miał okazję widzieć. Jej oczy były trochę rozbiegane od alkoholu, a kapelusz przekrzywiony. Mimo to wzbudzała w Syriuszu pewien niepokój.
— Bello, nie spodziewałem się ciebie tutaj o tej godzinie. Samej — podkreślił i subtelnie wywinął się z jej objęć. 
— Rudolf był zajęty, a ja nie chciałam spędzić całej nocy w domu. To takie nudne. — Wydęła wargi jak niezadowolone dziecko, ale po chwili znów się uśmiechała. — Chodź, kuzynie, potowarzyszysz mi przy szklaneczce Ognistej. — Złapała Syriusza pod ramię i pociągnęła w stronę jednego z pubów na Nokturnie, Krwawej Dziewicy.
Speluny (bo ciężko je było nazwać knajpami) na Nokturnie charakteryzowały się zapachem dymu papierosowego, wymiocin i uryny. Syriuszowi podobało się w nich to, że można było tutaj wejść i przestać być „panem Blackiem”, a później zwyczajnie wyjść, ale bardziej podobałoby mu się, gdyby tak nie cuchnęło. 
Barman przyniósł im dwa kieliszki i całą butelkę Ognistej tylko dla nich, po czym odszedł bez słowa. Bella sprawnym ruchem odkręciła butelkę i polała, wylewając trochę na stół. Wypili.
— Opowiadaj. Jak było?
— Gdzie?
— No w tej Francji! Wyjechałeś tam od razu po skończeniu szkoły i wróciłeś dopiero teraz. Musiało cię zatrzymać tam coś naprawdę interesującego, przyznaj.
Syriusz przyjrzał się dnu swojego kieliszka i zastanowił, co odpowiedzieć Belli.
— Studiowałem.
— Musiałeś to robić akurat we Francji?
— Potrzebowałem odpocząć od angielskiego klimatu. Kolano mnie tutaj często boli.
— Och, jesteś taki delikatny — powiedziała słodkim tonem i potarmosiła jego policzek, jak natrętna ciotka. Syriusz szybko odrzucił jej dłoń, zniesmaczony takim zachowaniem. — Co studiowałeś, drogi kuzynie? — Dolała im, ale tym razem nie uroniła ani kropli.
— Transmutację. Wiesz, takie tam sztuczki. Jak zamienić kłamliwą kobietę w skrzata domowego. Nic wielkiego — odpowiedział lakonicznie, a Bella zatrzymała kieliszek w połowie drogi do ust i spojrzała na niego jak najbardziej trzeźwo. — Chętnie bym z tobą szczerze porozmawiał, gdybyś i ty była ze mną szczera. Po co byłaś w moim domu?
— Szukałam czegoś — odparła swobodnie, opierając się wygodnie na krześle, a jej czarna, błyszcząca suknia zmięła się i odbiła światło latających nad nimi świec.
— Szukałaś Regulusa, jeżeli mamy być dokładni. Po co? — zapytał trochę zbyt agresywnie jak na jego własny gust.
— A jeżeli tak, to co z tym zrobisz, kuzynie? — Pochyliła się gwałtownie do niego, patrząc swoimi niebieskimi oczyma w jego niebieskie oczy. Jeden zabłąkany lok oparł się o jego czoło, tak blisko niego była.
— Może ja też włamię się do twojego domu i poszukam w nim czegoś, Bello?
— Nie masz na to jaj, Syriuszu.
— Faktycznie, nie mam jaj, by włamać się do ciebie, gdy już cię przed tym ostrzegłem. Dobrze, że zrobiłem to wcześniej. — Uznał, że granie w ciemno będzie dobrym posunięciem, a małe kłamstwo, którego Bella nie mogła teraz potwierdzić, ujdzie mu na sucho. O ile się nie mylił.
Coś na dnie oczu kobiety się zmieniło, zrobiły się bardziej obce, złowrogie.
— Grabisz sobie. 
— Wątpię. — Wstał, rzucając na stół kilka galeonów. — Nie chcę nigdy więcej słyszeć, że nadużywasz mojej gościnności, Bello. Pamiętaj, że w rodzinie kobiety się oddaje, a to mężczyźni zostają, więc nie prowokuj mnie, by Blackowie musieli zapomnieć o ich słodkiej Belli. — Zmrużył oczy, patrząc na nią z tą samą agresją, co ona na niego. — Nie szukaj Regulusa. Nigdy więcej.
8 maja 1980r. 

— Panie. Panie Syriuszu. Panie Syriuszu, proszę się obudzić. — Stworek potrząsał ramieniem Syriusza, próbując go wybudzić z głębokiego snu. Black mruknął coś niezrozumiałego. — Panie Syriuszu, pan Doradus na pana czeka!
— Dora... co? — Podniósł gwałtownie głowę, patrząc na zegarek. — Jest piąta!
— Pozwolił mu pan przyjść z rana...
— Z rana. O jedenastej, a nie bladym świtem! — Podniósł się z łóżka. — Powiedz mu, że zaraz zejdę.
Skrzat kiwnął głową i zniknął z cichym pyknięciem. Syriusz przeczesał palcami włosy i przejrzał się w lustrze. Na swoje oko powinien się ogolić i przespać jeszcze minimum trzy godziny, by pozbyć worków pod oczami. Musiała mu wystarczyć szybka toaleta. 
Nie cierpiał ludzi, który myśleli, że Syriusz Black wstawał rano z łóżka i wyglądał jak bóstwo. Syriusz Black z rana dopiero robił się na bóstwo.
Zszedł do Doradusa w samej koszuli i spodniach, nawet nie kłopotał się zakładaniem skarpetek, a gdy stanął naprzeciwko sztywnego mężczyzny z krawatem zapiętym ścisło pod szyją, zrobiło mu się trochę głupio. Założył włosy za uchem.
— Przepraszam za spóźnienie. Spodziewałem się odwiedzin... później. 
Trochę się teraz cieszył, że jednak uwarzył ten eliksir poprzedniego wieczora, głównie po to, by zapomnieć o Belli, i nie musiał się teraz tłumaczyć, dlaczego jest nieprzygotowany.
— Nic się nie stało. Wróciłem dopiero z pracy i szczerze powiedziawszy, byłem przygotowany, że będę musiał czekać na pana znacznie dłużej.
— Pracujesz na nocne zmiany? — Syriusz postawił kociołek na stole i zdjął z niego szmatkę, którą go wczoraj przykrył. 
— Nie. Jestem prokuratorem, ale ściągnięto mnie na nadzwyczajną rozprawę dzisiejszej nocy. — Mężczyzna postawił nosidełko z dzieckiem na stole obok wywaru i odkrył kocyk. W środku spała urocza dziewczynka z włosami jasnymi jak łany pszenicy. Syriusz uśmiechnął się na jej widok.
— Nie sądziłem, że Ministerstwo ściągałoby kogoś w środku nocy na rozprawę. Okropni ludzie. — Podał Doradusowi dwie igły. 
— Też wychodzę z założenia, że to niestosowne. — Starszy Black nakłuł swój palec i pozwolił, by kropla wpadła do kociołka. — Poza tym, ten proces był bez sensu. Nie mieli żadnych dowodów, a chcieli wsadzić do Azkabanu młodego chłopaka. I o mało im się nie udało, bo sędzia był strasznie przychylny wyrokowi skazującemu. Powiedziałem im, że to durnota i wypuściłem dzieciaka. — Następnie wyciągnął dziecko z nosidełka i próbował nakłuć palec dziewczynki, ale gdy ta się obudziła, zaczęła machać rączkami i Doradus, pomimo wszelkich starań i dobrych chęci, nie mógł trafić. — Mógłbyś?
— Oczywiście. — Syriusz zabrał od niego igłę i złapał pucułowatą rączkę dziewczynki. Spojrzała na niego swoimi dużymi, szarymi oczami i zaśmiała się radośnie. — Musiał im nieźle zajść za skórę, skoro chcieli go u... siedlić — poprawił się w ostatnim momencie. Nakłuł paluszek dziecka i poczekał aż kropla wpadnie do środka. Dziewczynka zapłakała niezadowolona, a ojciec szybko wytarł jej palec chusteczką i przyłożył do jej ciała.
— Podejrzewam, że tutaj może też chodzić o rasizm, bo chłopak jest Rosjaninem z pochodzenia, a wie pan, ostatnio wszyscy są przewrażliwieni na punkcie rodziny i więzów krwi.
Syriusz zmarszczył brwi, mieszając eliksir trzy razy w prawo i dwa w lewo. Młody chłopak? Rosjanin? Znał jedną taką osobę. 
— Czy ten chłopak nazywał się Antonin Dołohow? — zapytał mimochodem. Musieli teraz odczekać pół minuty.
— Tak. Zna go pan? — Doradus zmarszczył brwi, przyglądając się Syriuszowi z nieodgadnioną miną.
— Tak. Chodziliśmy razem do Hogwartu. Nawet mieszkałem z nim w jednym pokoju. To dobry chłopak — zapewnił, chociaż zrobiło mu się gorąco. Kto mógłby chcieć wpakować Antonina do Azkabanu? I za co?
— W takim razie wiem, że obroniłem tą osobę, co trzeba. Co oznacza, gdy jest niebieski? — zapytał, widząc, że eliksir w kociołku zmienił kolor. 
Black wciągnął głęboko powietrze, wpatrując się w dorodny błękit wewnątrz naczynia. Powinien być przezroczysty. Jasna cholera, czemu nie mógł być przezroczysty!?
— To oznacza, że nie jesteś jej ojcem... — powiedział powoli, opierając ręce ciężko na blacie i spoglądając na poważną twarz Doradusa.
Mężczyzna delikatnie, ledwo zauważalnie się skrzywił i odłożył dziecko do koszyka. Poprawił rękawy marynarki i kiwnął Syriuszowi głową.
— Dziękuję, że poświęcił mi pan czas, by udowodnić, że moje obawy są słuszne. — Powiedział i uścisnął mu rękę. Ruszył w kierunku drzwi. Syriusz zgłupiał.
— Zaczekaj, a co z dzieckiem? 
— Nie jest moja, nie chcę jej. Niech pan zrobi z tym, co uważa za słuszne — powiedział jeszcze i wyszedł z pomieszczenia. 
Dziewczynka nieprzerwanie płakała od kiedy Doradus opuścił Grimmauld Place. Syriusz nosił ją na rękach, próbował zabawić, nawet coś śpiewał, aż załamany usiadł na fotelu i zakrył uszy rękami.
— Stworku! Stworku, pokaż się tutaj w tej chwili! — krzyknął zrezygnowany. Skrzat chwilę później był już przy nim, gotowy do wykonywania rozkazów. — Uspokój ją. Zrób cokolwiek, by przestałą płakać.
— Oczywiście, panie. — Stworek szybciutko podszedł do dziecka, wziął ją na ręce i zaczął powoli bujać. — Już dobrze, mała panienko, proszę nie płakać, bo pan Syriusz się przez to denerwuje — powiedział swoim cienkim głosem, a dziecko trochę się uspokoiło, widząc coś nowego. Skrzat nawet poruszył uszami, by ją zabawić. — Widzi panienka? Od razu lepie, gdy się już nie płacze.
— Daj mi ją. — Syriusz wyciągnął ręce po dziecko, a Stworek podał mu dziewczynkę. Black nie trzymał jej tak pewnie jak skrzat, bo był przekonany, że zaraz ją zgniecie, tak krucha była. Ważne, że już nie płakała. Patrzyła się tylko swoimi dużymi, szarymi oczami, sprawiając, że czuł się jeszcze gorzej. — I co ja teraz z tobą zrobię...?
Syriusz nie przewidział, że facet, z którym w miarę przyjemnie mu się rozmawiało, może okazać się takim chujem i zostawić go z dzieckiem. Co z tym, że nie było jego!? Było dzieckiem, a Syriusz, mimo znikomej wiedzy w dziedzinie opieki nad dziećmi, wiedział, że się ich tak zwyczajnie nie porzuca.
Bawić się z nią nie dało, bo była za mała, jeść pewnie też nie wszystko mogła, nie gadała i nie chodziła... słodki Merlinie, jak ludzie się tym posługiwali?
— Stworek powinien podać śniadanie teraz, czy pan życzy sobie coś innego?
Skrzat przerwał tok ponurych myśli Syriusza. Black zastanowił się głęboko nad tym, czy on po takim poranku da radę cokolwiek przełknąć.
— Zrób mi kawy i przynieś mleko dla małej. Nie mam dzisiaj apetytu. 
— Oczywiście, panie. Jeżeli Stworek może zapytać, jak panienka ma na imię? — Skrzat spojrzał na niego swoimi wielkimi, lekko wyłupiastymi oczami z oczekiwaniem wypisanym na ich dnie. Black zastanowił się nad tym i doszło do niego, że Doradus nigdy nie wypowiedział imienia dziewczynki. Rozejrzał się szybko, próbując wymyślić jakieś imię na poczekaniu.
— Ona... nazwijmy ją Rigel. Jak ta gwiazda z gwiazdozbioru Oriona — stwierdził po chwili i odgarnął dziewczynce włosy z czoła.
— Ładnie. — Skrzat uśmiechnął się lekko, wprawiając tym Syriusza w zdumienie, skłonił się i zniknął.
1 kwietnia 1980r.

Jena patrzyła na Regulusa dużymi, zielonymi oczami z niedowierzaniem wypisanym w ich głębi. Najpierw jej wargi zadrżały, a po chwili powiedziała bardzo cichym i drżącym głosem:
— Reg... Chyba zrobiłam coś bardzo głupiego.
Powiedziawszy to, przytuliła do swojej piersi zawiniątko, które poruszyło się niepewnie w jej rękach. Regulus zmarszczył brwi i podszedł do niej naprawdę powoli, z neutralnym wyrazem twarzy, by nie pogłębić jej wystraszenia. Położył ciepłe dłonie na jej wątłych ramionach.
— Co takiego? — zapytał łagodnie, patrząc jej prosto w oczy.
Wymizerniała. Schudła, chociaż nigdy nie była specjalnie gruba. Jej policzki minimalnie się zapadły, włosy straciły blask, a łuki pod oczami zrobiły wyraźniejsze na tle bladej skóry. Nadal była zadbana, pachnąca różanym mydełkiem i rumiankowym szamponem do włosów, ale jej szczupłe nadgarstki jasno mówiły o tym, że to tylko pozory.
Ona tak wiele poświęciła, by wydać tego chłopca na świat, ich syna, a Regulusa przy niej nie było. Poczuł się jak kawał skurwysyna i zdecydowanie było to najgorsze uczucie jakiego w życiu doświadczył.
— Wysłałam listy. Naszym rodzicom, że Nathan urodził się dwudziestego marca. Wiesz, ja myślałam, że ty...
Reg objął ją delikatnie, ze względu na dziecko, i oparł usta o jej głowę. Milczał chwilę, napawając się jej zapachem.
— To nic. Nic złego się nie stało. Skoro tylko nasze rodziny o tym wiedzą, jest dobrze. — Powiedział wprost w jej włosy i odsunął się minimalnie. Odgarnął kocyk, by przyjrzeć się twarzy syna. — Cześć, Nathan.
Mimowolnie uśmiechnął się na widok pulchnej twarzy dziecka i tego, jak ziewnęło, ukazując bezzębne dziąsła i malutki języczek. Było rozkoszne.
— Myślałam, że już nie wrócisz — dokończyła myśl, patrząc na niego poważniej, ale nadal z przestrachem, jakby miał za chwilę zniknąć lub okazać się jedynie złudzeniem.
— Nigdy nie miałem tego w planach. — Odgarnął jej kosmyk włosów za ucho. — Nie sądziłem tylko, że wszystko potoczy się w ten sposób, że odwiedzę cię tak późno. Przepraszam, że zostałaś z tym sama. Nie chciałem, by tak wyszło.
— Zostaniesz?
Żołądek zawiązał mu się w supeł, gdy usłyszał nadzieję w jej głosie. Dobrze wiedział, że nie mógł zostać dłużej niż na jedną noc. Poprowadził ją na kanapę i usiadł obok. Wziął ją za rękę.
— Gdy poprosiłem cię, byś przeniosła się do Ameryki, byłem już zdecydowany odejść z szeregów Czarnego Pana — wyznał. — Jednak nie chciałem tak po prostu zniknąć z pustymi rękami i dopiero niedługo później, gdy już zdobyłem kilka informacji, ostatecznie odszedłem. Chciałem zostać w domu i spróbować stamtąd działać przez jakiś czas, ale wtedy... tak jakby los dał mi drugą szansę. Widzisz, to co plotki mówiły o starym Dumble'u były prawdą – on naprawdę stworzył własną armię nazywaną „Zakonem Feniksa”. I obecnie jestem jej członkiem. Chcę naprawić to, co zepsułem. Jeno...
Ogromna gula stanęła w jego gardle, gdy zauważył, że dziewczyna płacze. Wyswobodziła rękę z jego uścisku i otarła nią łzy, ponieważ drugą nadal trzymała dziecko.
— Czemu... nie możesz tego wszystkiego zostawić za sobą... i zostać tu ze mną i z Natem? — zapytała między napadami płaczu i nawet na niego nie spojrzała, zbyt rozdygotana.
Przytulił ją do siebie, opierając o własną pierś i pogłaskał po plecach uspokajająco, póki najgorszy atak jej nie przeszedł.
— Ponieważ chcę, byście byli bezpieczni i nie musieli uciekać.
— A co, jeżeli ta wojna potrwa kilka lat?
— Jena...
Odsunęła się od niego, zdecydowana.
— Co, jeżeli będzie trwała kilka lat? Pozwolisz, by Nathaniel wychowywał się z dala od ciebie, a gdy będzie miał pięć, dziesięć lat wrócisz i powiesz mu, że jesteś jego ojcem?
— Mówisz to w taki sposób, by przekonać mnie do swoich racji — zarzucił jej.
— A nie mam racji? — zmierzyła go spojrzeniem. — To tak nie może wyglądać, Reg. Chcę mu dać normalną, pełną rodzinę, wiesz? Bez sztywnych zasad, z miłością, a nie przywiązaniem z ustawionego małżeństwa i z wartościami, które ja uważam za słuszne, a nie z tymi, którym kultywują czystokrwiści. Jesteś mi w stanie to zapewnić?
— O nie, wiem do czego zmierzasz. — Wstał, przechodząc nerwowo przez salon.
— Regulusie Arcturusie Blacku, spójrz na mnie. — Nie odwrócił się do niej z głupiej, dziecięcej przekory. — Reg, patrz na mnie. — Podeszła do niego gwałtownie i włożyła mu dziecko w ręce. — Zabierzesz mnie i Nathana do Anglii. Nie będę czekała z założonymi rękami, aż przyślą mi twoje szczątki w pudełku, bym postawiła ja na kominku i tłumaczyła kiedyś dziecku „to jest twój tatuś, kochanie. Zginął, walcząc o nasze bezpieczeństwo.”
Spojrzał na syna w swoich rękach i już wiedział, że Jena ma rację – nie chciał go tutaj zostawiać i tęsknić miesiącami. Chciał mieć ich oboje przy sobie, by wracać do domu i wiedzieć, że jest za co walczyć i o co.
— Nigdy nie powinienem wiązać się z Krukonką...
— Nie powinieneś — zgodziła się z nim i obdarzyła ciepłym uśmiechem.
Gdy Nathaniel zaczął płakać, oboje zapomnieli o rozmowie. Jena szybko wzięła dziecko na ręce i stwierdziła, że prawdopodobnie jest głodny. Usiadła na fotelu, rozpięła guziki sukienki i odsłoniła jeden kołnierzyk odkrywając pierś. Regulus usiadł na brzegu stolika, przyglądając się kobiecie karmiącej dziecko.
Ta scena uspokajała go i dawała jakieś niepojęte uczucie bezpieczeństwa, chociaż on sam twierdził, że było to dziwne. Nadal pamiętał miękkość i smak jej skóry, fakt jak jej pierś pasowała do jego dłoni i jak krople potu spływały po jej ciele. Mimo to, patrząc teraz na nią, nie widział w niej jej erotycznej, pociągającej strony, a dojrzałą i czułą Jenę, którą dopiero co poznał.
— To trochę zawstydzające, gdy patrzysz na mnie w ten sposób — wyznała cicho. Regulus momentalnie spuścił głowę.
— Przepraszam.
— Nie przepraszaj. Zwyczajnie nie przyzwyczaiłam się do widoku, gdy ktoś patrzy na mnie podczas karmienia Nata — odpowiedziała i pogłaskała palcem mały policzek syna. — To musi być dla ciebie osobliwe, prawda?
— Właściwie, chciałem ci powiedzieć, że pięknie wyglądasz. — Tym razem to on się do niej uśmiechnął, widząc jej zaskoczoną minę. — Chyba zaczynam odczuwać to, co wszyscy mężczyźni po narodzinach dziecka.
— To znaczy?
— Ojcowską miłość.
Milczeli oboje, przypatrując się pijącemu chłopczykowi, który opierał swoją pulchną dłoń na piersi matki. Gdy skończył, Jena poprawiła kołnierz i oparłszy syna o swoje ramię, poszła do kuchni po ściereczkę, by móc poklepać chłopca po pleckach i nie wybrudzić sobie przy tym sukienki.
— Jesteś głodny? — zapytała go z kuchni.
— Trochę. — To było okropne kłamstwo. Wręcz umierał z głodu, ale postarał się zachować twarz. Przeszedł się do kuchni i aż uniósł brwi.
Gdy ją tutaj zostawiał, zadbał o to, by w domu były wszystkie najpotrzebniejsze sprzęty, ale był pewien, że Jena będzie częściej jeść na mieście niż używać garnków. A jej kuchnia wyglądała teraz jak pomieszczenie do ważenia eliksirów, w którym również się gotowało. Na kuchence stał kociołek, a obok niego garnek z zupą i tłusta patelnia. Na blacie, pod serwetką prawdopodobnie leżały naleśniki, a obok nich w rządku ułożone były opisane przyprawy i zioła. Chochle i łyżki mieszały się z przyrządami do mieszania wywarów, a obok na półce stały talerze i probówki.
Panował tutaj też niewielki nieporządek złożony ze stojących luźno butelek, niedojedzonej kanapki i pustych kubków po herbacie, ale było to do zaakceptowania.
Podczas gdy on starał się w Anglii pokrzyżować plany Czarnego Pana, Jena żyła tutaj jak zwykła kobieta, nie jak panna Selwyn i sobie radziła. Gdzieś w głębi siebie poczuł, że chciałby z nią zostać tutaj, w Ameryce, z dala od problemów, ale to tak naprawdę nie było żadne wyjście, a tchórzostwo. Reg nie chciał być tchórzem.
— Odgrzej sobie naleśniki. Sos klonowy jest... był gdzieś tutaj na wierzchu. Może schowałam go do lodówki.
— Odpocznij sobie. Zrobię ci herbaty. Pomarańczowej.
— Pamiętasz — powiedziała cicho, przenikając go wzrokiem.
Regulus potaknął głową i wstawił wodę na herbatę. Odgrzał sobie późne śniadanie mierzony przez Jenę wzrokiem. Dla nich to była abstrakcyjna sytuacja, bo nigdy wcześnie nie spotkali się w kuchni. Nawet w Hogwarcie, bo wtedy Reg tylko czasami zakradał się do kuchni po ciasteczka dla siebie i Jeny.
Usiadł naprzeciwko niej dopiero po tym, gdy podał jej herbatę. Sos klonowy faktycznie znalazł w lodówce i polał nim puchate, rumiane naleśniki. Spodziewał się, że będą miały bliżej nieokreślony, mdły smak. Takie do zjedzenia, ale w sumie bez szału. Nie krył zaskoczenia, gdy okazało się, że były naprawdę smaczne.
— Są pyszne — pogratulował jej.
— Mówisz to tylko dlatego, że wypada. — Wywróciła oczami.
— Nie, szczerze. Są naprawdę dobre. Nie miałem pojęcia, że tak świetnie gotujesz.
— Trochę... się poduczyłam, gdy tutaj mieszkałam. Fabien i Gilbert mi pomogli — wyznała.
— To twoi znajomi?
— Tak. Prowadzą sklep z szatami na Magicznym Kłębku. Są z pochodzenia Francuzami, ale wyemigrowali do Stanów za lepszymi zarobkami. Pochodzą z ubogiej rodziny.
— No tak, nikt nie ubierze cię lepiej niż Francuz ani nie poda ci lepszego obiadu. Muszę im podziękować za opiekę nad tobą. Ktoś jeszcze ci pomagał? — Zainteresował się.
— Nie. To znaczy... — Zmarszczyła brwi. — Jest taki mugol, Charlie, mieszka tuż obok. Chyba uznał, że tak naprawdę jestem biedną dziewczyną z nieślubnym dzieckiem, która nie ma gdzie się podziać i... prawdę mówiąc, trochę mnie nagabywał. Zapomnij o nim — dodała od razu, widząc zmarszczone brwi Regulusa. — Już dał mi spokój. Nawet nie mówi mi dzień dobry na ulicy.
— Lepiej dla niego.
Jena położyła Regulusowi rękę na dłoni po czym splotła z nim palce. Uśmiechnęła się lekko rozbawiona.
— Wiem, że chce pan bronić mojego honoru, panie Black, ale świetnie poradziłam sobie sama. Nie jestem już małą dziewczynką.
— Dla mnie zawsze będziesz kruchą kobietą, którą będę bronił przed całym światem. — Ucałował jej dłoń. — Dziękuję za naleśniki. Jeno?
— Tak?
— Mógłbym zostać dzisiaj na noc?
Jena zamrugała szybko i przekalkulowała wszystkie za i przeciw. Odpowiedź była oczywista.
— Nie musisz nawet o to pytać.
8 maja 1980r.

Syriuszowi zacisnął się supeł w żołądku i ani myślał puścić. Black czuł się okropnie ze świadomością, że Rigel, mała, słodka dziewczynka, która zasługiwała na trochę miłości, z jego winy została porzucona. Mógł odmówić Doradusowi. Powiedzieć, że jest zajęty i by mężczyzna rozwiązał ten problem ze swoją żoną, a nie z nim. A tak skończył z małym dzieckiem, które nie było jego i nawet nie wiedział, czyje właściwie było.
Nawet nie chciał myśleć o tym, by napisać do matki dziewczynki, bo prawdopodobnie była to teraz najbardziej strzeżona kobieta w Anglii, która miała dwa wyjścia – jeżeli mąż ją zostawi, zostanie sama do końca życia z łatką puszczalskiej, której nawet własny ojciec nie przyjmie pod dach albo zostanie z Doradusem, który... może lepiej było nie myśleć, co jej zrobi. Tak czy inaczej, córka nie mogła do niej wrócić, jeżeli miała mieć jakieś perspektywy w przyszłości.
W takim więc razie Syriusz postanowił oddać dziewczynkę do sierocińca. Zaczekał na wieczór, gdy będzie mógł się przemknąć pod sam próg niezauważony i zostawić dziecko. Tak, to był dobry plan i właściwie jedyny, który mógł wykonać.
Do czasu zapadnięcia zmroku stwierdził, że dobrze będzie czymś zająć małą. Posadził ją sobie na kolanach i otworzył stary album zoologiczny, który znalazł gdzieś w odmętach biblioteki.
— Spójrz, Rigel, to jest słonik. — Pokazał jej fotografię, na której zwierze oblewało się wodą z jeziora. Dziewczynka wyciągnęła rączki do obrazka, więc dał jej go zmacać. Przekręcił stronę. — A to żyrafka, ma taką dłuuugą szyję.
Czuł się głupio, gdy tak się pieścił, ale do dzieci chyba powinno mówić się słodkim tonem, więc robił z siebie idiotę, pozwalając dziewczynce krzyczeć, ślinić się i umazać tą śliną siebie i książkę.
Jeżeli on i Regulus się tak zachowywali w dzieciństwie, Syriusz zaczynał odczuwać większy szacunek do swoich rodziców. Cholera, by znieść takiego dzieciaka trzeba było mieć anielską cierpliwość!
Lub tego dziecka chcieć.
— Panie, Stworek zajmie się małą panienką Rigel. Podano kolację.
Oddał dziecko skrzatowi i usiadł przy stole, patrząc na smażoną wołowinę z ziemniakami i warzywami na parze. Nigdy nie mówił Stworkowi co chce zjeść. Jadł wszystko, co mu podano i popijał to winem. Dzisiaj jednak odpuścił sobie dokończenie wczorajszej butelki i mimochodem przyglądał się temu, jak Stworek karmi dziewczynkę.
A może to ta pomarszczona istota się nimi zajmowała? Karmiła, zmieniała pieluchy i pilnowała, by zbytnio nie płakali? Jeżeli tak, pojawiało się pytanie, dlaczego Syriusz miał taką traumę związaną ze skrzatami, a jeżeli nie, to jak rodzice sobie z tym radzili. Musiał być jakiś sposób na ogarnięcie dziecka. Jakaś instrukcja obsługi, cokolwiek.
— Stworku, co trzeba zrobić, by dobrze zajmować się dziećmi? — zapytał mimochodem, pogryzając wołowinę i obracając widelec w dłoniach.
Skrzat spojrzał na niego lekko wystraszony i zastanowił się. Syriusz dałby dziesięć galeonów za to, że słychać było chodzące trybiki w jego głowie.
— Na pewno powinno się lubić dzieci, panie. I umieć okazywać dużo czułości. A jeżeli jest pańskie, to jest prościej, bo wtedy się kocha takie dziecko i pragnie nim zajmować.
— Nie wiem, czy chciałbym się zajmować dziećmi, gdybym miał już swoje — odpowiedział niechętnie.
— To się zmienia, panie. W głowie. Pan, gdy był jeszcze małym paniczem, mówił, że nigdy nie umówi się z żadną kobietą i to się zmieniło. — Skrzat posłusznie się ukłonił.
Syriusz uśmiechnął się kącikiem ust.
— Pamiętasz takie rzeczy?
— Stworek stara się jak najlepiej służyć rodowi Blacków, panie.
— Gdybym kazał ci ją wyrzucić na śmietnik, też byś to zrobił? — Syriusz pochylił się do przodu, mierząc skrzata swoim spojrzeniem. Stworzenie zadrżało lekko.
— J-jeżeli taka byłaby wola pana... Stworek zostawiłby małą panienkę tam, gdy pan by mu wskazał.
— Stworku — Syriusz zaczął poważnie. — Jeżeli kiedykolwiek rozkażę ci skrzywdzić jakieś dziecko, nie masz prawa mnie posłuchać. Choćbym się wściekał i krzyczał, nie wolno ci tego zrobić. Rozumiesz?
— Stworek rozumie, panie.
— Zostaw Rigel w koszyku. Sam zaniosę ją do sierocińca. — Wrócił do kolacji.
— Oczywiście, panie. — Skrzat odstawił dziecko i zniknął bez słowa.
Syriusz spojrzał na koszyk stojący na stole i skrzywił się sam do siebie. Że istnieli na świecie tak okropni ludzie jak Doradus.
Dzisiejsza noc również była ciepła i bezchmurna. Syriusz trzymał Rigel okrytą kocykiem pod połami własnego płaszcza i szedł szybko uliczkami sąsiadującymi z Pokątną. Nie chciał, by ktoś go zobaczył i wyciągnął z tego nieodpowiednie wnioski.
Sierociniec znajdował się na końcu ulicy Pokątnej. Był to szary budynek w kształcie klocka z małymi, wąskimi oknami, w których nadal świeciło się światło. Miał jakieś podwórko przed sobą, gdzie dzieciaki mogły pobiegać, ale ogólnie czuć było, że to raczej uboga placówka.
Przeszedł przez podwórko, oglądając się na boki i wbiegł po schodkach. Ręka zatrzymała mu się w połowie drogi do drzwi, a niepokojące uczucie ponownie ścisnęło jego żołądek, jakby chciało wydusić wołowinę na zewnątrz.
Czy Rigel będzie miała tutaj dobre życie? Sama, pośród obcych ludzi, którzy pojawiają się i odchodzą? A jeżeli adoptuje ją para sukinsynów pokroju Doradusa, która będzie chciała ją wykorzystać jako tanią siłę roboczą? Przecież takie przypadki się zdarzały. Będzie samotna i opuszczona w przyszłości i nawet nie będzie wiedziała, dlaczego tak naprawdę ją zostawiono. Będzie obwiniać o to samą siebie.
Szybko zawrócił, przyciskając dziecko do siebie, gdy drzwi się otworzyły, a dokładnie na niego padł snop światła ze środka.
— Do widzenia. Dobrej nocy! — powiedział miły, kobiecy głos, który Syriusz bardzo dobrze kojarzył.
Odwrócił się i stanął twarzą w twarz z Marleną McKinnon, która patrzyła na niego niezrozumiałym wzrokiem.
— Syriusz...?
Niedługo po swoim powrocie do Anglii spotkali się w jakiejś knajpie, zaczęli kręcić i byli ze sobą jakiś czas. Syriusz dobrze jej ze szkoły nie kojarzył, była Puchonką, rok młodszą od niego, która trzymała się na uboczu i zainteresował się nią tylko dlatego, ze miała wisiorek w kształcie psa, który przyciągnął jego wzrok i od tego rozwinęła się rozmowa.
Zerwał z nią krótko po tym, gdy zaczął mieć więcej pracy, a ona odebrała to w ten sposób, że wstydził się ją przedstawić rodzinie. Cóż, może coś w tym było.
Stojąc teraz przed nią z dzieckiem w rękach, zdał sobie sprawę, jak tragicznie musiało to wyglądać i za jakiego sukinsyna go zaraz weźmie. Wiedział, że tutaj pracuje, ale był pewien, że już dawno skończyła swoją zmianę. Cholerna Marlena, altruistka pomagająca wszystkim dookoła, wyrabiająca dodatkowe godziny.
— Co ty wyprawiasz? — zapytała agresywnie, zaciskając ręce na torebce i patrząc na niego jak na najgorszego drania. — Co to za dziecko?
— To jest Rigel. Jej ojciec zostawił mi ją, bo stwierdził, że nie chce nieswojego dziecka. — Odpowiedział zgodnie z prawdą. — Miałem ją oddać, ale... ale myślę, że tutaj nie będzie jej dobrze. Ogólnie nie wiem, co myśleć, bo ta sytuacja jest porąbana i …
— Chodź do środka. Porozmawiamy bez gapiów. — Rozejrzała się, czy nikt ich nie widział i wpuściła Syriusza do sierocińca.
W środku był zaduch pomieszany z zapachem obiadu. Słychać też było krzyki i śmiechy dzieci dobiegające z piętra. Marlena zaprowadziła go do małego pomieszczenia socjalnego, gdzie mieli kuchenkę i czajnik oraz mały zlewik. Kazała mu zaczekać a po chwili przylewitowała do niego łóżeczko, gdzie mógł włożyć Rigel.
Odłożył nieporadnie dziewczynkę, która złapała go za palec i zamachała stópkami, rozbawiona. Spojrzał na Marlenę, która patrzyła na niego wyzywająco, stojąc z założonymi rękami i opierając się o blat.
Jej włosy w kolorze ciemnego blondu były spięte w niedbały kok, a kilka kosmyków tuż przy grzywce wywijało się przy policzkach. Brązowe oczy ciskały grom, a jasnoróżowe usta były mocno zaciśnięte. Ubrana po mugolsku, w dżinsy i koszulę, które ukrywały wszystkie jej kształty.
Jednak nie o tyłku Marleny McKinnon Syriusz przyszedł tutaj rozmawiać.
— Naprawdę sądzisz, że uwierzę, że ktoś zostawił ci dziecko w domu?
— Możesz nie wierzyć, ale to prawda. Facet przyszedł sprawdzić ojcostwo, a gdy się nie udało, zwyczajnie wyszedł.
— To bardzo w stylu Blacków — stwierdziła i machnęła niedbale ręką.
Syriusz w jednej chwili był przy niej, ściskając mocno jej nadgarstek z nerwów. Aż zbladł ze złości.
— Takie głupoty i kłamstwa zatrzymaj dla siebie, McKinnon. Nic nie wiesz o mnie i mojej rodzinie, ale i tak nas oceniasz. Tego cię uczyli w Hufflepuffie? Że Ślizgoni są sukinsynami bez serca, po których można się wszystkiego spodziewać?
— W większości się zgadza — odwarknęła i spróbowała wyrwać rękę. Bezskutecznie.
— Uważaj na słowa. — Puścił ją, zostawiając sine ślady swoich palców na jej ręce. — Jest tak jak myślałem, wyrządzę jej tylko krzywdę, zostawiając ją z kimś twojego pokroju, który dzieli ludzi na śmierciożerców i tych drugich. — Zacisnął ręce w pięści i wyjął dziewczynkę z łóżeczka.
— Jasne. Wracaj do swojego gniazda węży i wychowaj ją na kogoś twojego pokroju. I powiedz swojemu bratu i każdemu za swojej bandy, by swoje porachunki załatwiali na osobności, a nie pojedynkowali się w środku miasta!
Syriusz zamarł.
— Co powiedziałaś?
— Byś zabierał stąd swój łuskowaty tyłek!
— Nie to, głupia. — Znów do niej podszedł. — Mówiłaś o Regulusie, że się z kimś pojedynkował. Kiedy to było? Z kim? — Położył jej rękę na ramieniu, którą od razu zbiła.
— To twój brat, sam się nim zajmuj.
— Mów, a dostaniesz ode mnie tyle galeonów na ten sierociniec, ile mieści się w tym pokoju.
Oczy Marleny rozbłysły zaskoczeniem a następne chciwością. Jej dolna warga zadrżała.
— Więc?
— Widziałam go wczoraj na Pokątnej. Z daleka myślałam, że to ty i chciała mu przywalić, ale się opamiętałam. Spotkał się z Averym i Dołohowem i razem poszli na Nokturn, a później zawaliła się ta kamienica. Gdy przybiegłam, Regulus kopnął Dołohowa w twarz.
— Słyszałaś, o czym mówili? O co mogło pójść?
— Syriuszu, było mnóstwo ludzi. Nie słyszałam. — Skrzywiła się, ale po chwili wyglądała, jakby coś jej zaświtało w głowie. — Ale ktoś z nim był.
— Kto?
— To trochę dziwne, ale wyglądał jak James Potter.
1 kwietnia 1980r.

Jennefer czuła rozbawienie, gdy patrzyła na Regulusa, który ze skupieniem wypisanym na twarzy próbował przebrać Nathana w śpioszki. Chłopiec był bardzo niechętny i wierzgał nóżkami, nie ułatwiając tego tacie. Mimo wszystko, Reg wyglądał tak, jakby postawił sobie za punkt honoru przebranie chłopca i skrupulatnie do tego dążył. 
— Nieźle ci idzie — pochwaliła go, gdy już miał zwątpić i poprosić ją o pomoc. 
— Tak myślisz? Bo Nathan wygląda tak, jakby był innego zdania. — Zmarszczył brwi, patrząc na wyginające się niechętnie dziecko.
— Bo on jest wybredny. — Podeszła do nich. — Poza tym, nie poprawiłeś mi nóżek w skarpetkach, tato. Niewygodnie mi było — zaczęła naśladować dziecinny ton i poprawiła śpioszki chłopczyka. — Proszę bardzo jakie zadowolone dziecko. — Podała go Regulusowi. — Teraz musisz go tych ululać. 
— Mówisz tak, jakby to było proste.
— No tak, jesteś dla niego nową osobą. Teraz będzie ciekawski. 
Mężczyzna zrobił cierpiącą minę i zaczął bujać dziecko w rękach. Niestety, Nathaniel ani myślał spuści z Regulusa wzroku i lustrował go swoim dziecięcym spojrzeniem. Jena dała mu smoczek.
— Dlaczego właściwie się go oblizuje? — Reg zdawał sobie sprawę, że zadał mało inteligentne pytanie, ale stwierdził, że skoro już kogoś miał pytać o sprawy związane z dziećmi, to właśnie Jenę.
— A ty tak od razu chciałbyś ssać smoczek o gumowym posmaku? 
— W sumie też racja... Kolego, na pewno nie chcesz iść spać? — zapytał z nadzieją w głosie, ale chłopiec był nieugięty. — Mówię ci, będzie fajnie.
— Nie jesteś zbytnio przekonujący.
— Czy ja mam tylko takie wrażenie, czy sprawia ci frajdę patrzenie na mnie, gdy próbuję zajmować się Nathanem?
— Może trochę. — Połaskotała dziecko po brzuszku. — Po prostu chcę byś spędzał z nim więcej czasu. 
Regulus pocałował ją w czoło, korzystając z tego, że była wyjątkowo blisko. 
— Myślałem nad tym, byście się przeprowadzili do Anglii.
— I co wymyśliłeś? — Podniosła na niego wzrok.
— Daj mi jeszcze trochę czasu, a znajdę dla nas miejsce. Grimmauld Place jest zbyt oczywistym wyborem i pomimo wszystkich zaklęć ochronnych jakie posiada, każdy członek mojej rodziny może tam wejść i stanowić potencjalne zagrożenie.
— Nie muszę mieszkać w magicznym domu. Sama potrafię zadbać o trochę magii — zapewniła go.
— Zauważyłem. — Uśmiechnął się i rozejrzał dookoła. — Będę musiał znaleźć duże i ładne mieszkanie w Londynie, byś mogła zabrać wszystkie swoje rzeczy.
— I nie zapomnij o przestronnej szafce na buty. Mam ich mnóstwo.
— Postaram się znaleźć dla nas naprawdę duży i wygodny kąt.

8 maja 1980r.


Syriusz leżał na kanapie z małą Rigel śpiącą na jego piersi. W zamyśleniu głaskał jej jasne włosy i walczył z ogromną ochotą zapalenia. 
Trzeba było przyznać, ze zrobił naprawdę wielką głupotę. Odezwała się nim jakaś dziwna, miękka część jego osobowości, która nie chciała oddać czegoś, co już nazwał, a swoje motywy usprawiedliwiła Marleną McKinnon i domniemanymi, złymi warunkami w sierocińcu. 
Pozbawił się niemałej kwoty przy tej wizycie i na domiar złego, nie pozbył problemu, ale przynajmniej coś już wiedział – Regulus był w konflikcie z Averym i Dołohowem, a ich spotkanie skończyło się sprzeczką z wymianą zaklęć. Co więcej, Reg prawdopodobnie poruszał się w obecności Jamesa Pottera, co by znaczyło, że zdezerterował z szeregów Czarnego Pana. Jim, będąc jeszcze w szkole, chwalił się tym, że chce zostać aurorem jak jego ojciec, więc wielce prawdopodobnym było, że jego brat współpracował z Ministerstwem lub przynajmniej z biurem aurorów.
Zastanawiało go, dlaczego akurat Rogacz. On i Regulus się nie cierpieli. Może to był przypadek, że byli tam razem? Zbieg okoliczności? W to był w stanie bardziej uwierzyć niż we współpracę tej dwójki.
Zostawała jeszcze sprawa Lucasa i Antonina. Avery'ego Syriusz tak dobrze nie znał, kręcił się on czasem przy Regulusie, ale nie jakoś specjalnie, ale Antonin go martwił. Przemieszkał z nim siedem lat i nie podejrzewał, że ten trudny w obejściu, ale lojalny Ślizgon, też może być częścią tego kółka wariatów.
Może Marlena miała rację? Może cały Slytherin miał skłonności do bycia „tymi złymi”? Nie była to przyjemna perspektywa, ale sam zaczynał w nią bardziej wierzyć. Miał tylko nadzieję, że to wina rodziców i ich poglądów, a nie chęć samych młodych do wyrządzania zła.
— Stworek urządził panience pokój, tak jak pan kazał. — Skrzat pojawił się niespodziewanie i od razu ukłonił tak nisko, że nosem zamiótł podłogę.
— Dobrze.
Zaniósł małą na górę do jednego z mniejszych pokoi w którym obecnie stało łóżeczko z herbem Blacków (prawdopodobnie przyniesione ze strychu, ewentualnie piwnicy. Całe pokolenia Blacków w nim spały) z koralikami z hipogryfami nad nim, pod ścianą umieszczona była kołyska, a na półkach nagle znalazło się mnóstwo misiów. W sztywnych, formalnych ubrankach i wyprasowanych kołnierzykach, ale jednak misiów.
Syriusz włożył Rigel do łóżeczka i przykrył zielonym kocykiem. Po chwili zastanowienia położył obok jej głowy misia, by ją pocieszył w razie czego w nocy. Zaczarował małe hipogryfy tak, by się ciągle kręciły, poprawił baldachim nad łóżeczkiem i wyszedł z pokoju.
Sam był zmęczony tym dniem i w momencie, w którym przyłożył głowę do poduszki, już spał.

9 maja 1980r.


Szczerze, spodziewał się, że posiadanie dziecka da mu w kość trochę później. Budził się za każdym razem, gdy mała zapłakała, nawet jeżeli Stworek stał na straży i szybko ją usypiał. Później długo nie mógł zasnąć, a gdy już powoli usypiał, Rigel znowu płakała i tak w kółko. Dopiero nad ranem udało mu się przysnąć i wstał w okolicach południa.
Stworek mało nie przytrzasnął sobie ucha w drzwiach, przepraszając go za to, że nie zrobił śniadania na czas i nie kupił nowej gazety. Syriusz musiał go uspokoić i kazać wziąć w garść, by nie straszył dziewczynki, która obecnie starała się umazać całą podłogę wokół jej krzesełka kaszką. 
— Rigel, tylko bez takich. Kaszkę się je, a nie wyrzuca. Zobacz, wróżka leci. 
Niestety, dziewczynka nie dała się nabrać, więc musiał zastosować inną metodę. Zaczarował łyżeczkę, by latała i zostawiała za sobą kolorowe gwiazdki. Efekt końcowy był średni, bo mała bardziej próbowała złapać łyżkę, niż zjeść kaszkę, ale coś tam pogryzła, więc mógł uznać to za swój pierwszy wychowawczy sukces.
Stworek podał mu śniadanie i Proroka, a sam zajął się sprzątaniem bałaganu. Syriusz posłodził sobie kawę i popił nią tosta, nim spojrzał na pierwszą stronę. Mało się nie zakrztusił.
ODNALEZIONO CIAŁO MŁODEJ CZAROWNICY

„W nocy z ósmego na dziewiątego maja aurorzy znaleźli ciało młodej czarownicy, Marleny McKinnon (19) porzucone niedaleko Sierocińca św. Bonawentury przy ulicy Pokątnej, gdzie pracowała zamordowana. Służby aurorskie nie chciały zdradzić zbyt wielu informacji co do przyczyny zgonu, ale czarownica została prawdopodobnie potraktowana zaklęciem Avada Kedavra. Sprawca jest nieznany, chociaż nie wyklucza się działania grupy tz. Śmierciożerców ze względu na pochodzenie ofiary (pochodziła z rodziny mugoli). Więcej informacji na str. 9.”
Odłożył kubek ciężko na stół i wpatrywał się w zdjęcie przedstawiające fasadę sierocińca. Jeszcze wczoraj z nią rozmawiał. Całkiem żywą i piekielnie na niego złą, a dzisiaj już była martwa. 
Zacisnął ręce na papierze, mnąc go niemiłosiernie. Cokolwiek się działo, musiał się dowiedzieć co to było i znaleźć tego drania, który zamordował Marlenę. Musiał.

7 komentarzy:

  1. Nie zapomniałam o tobie, spokojnie. Powodzenia na egzaminie i maturach ;). Slashe omijam szerokim łukiem, więc dla mnie jakby rozdziału nie było :(. Ciekawostki z rozdziału:
    „klamka w kształcie główki węża wyłamała się z zawiasów” – ale klamka nie tkwi w zawisach, przecież jest przymocowana takimi śmiesznymi śrubkami; zawiasy to coś, na czym wiszą drzwi. Przynajmniej z tego, co mi wiadomo.
    „Rozwalić zachowaniem” to straszny potocyzm i piekielnie zgrzyta mi w wypowiedzi narratora (nawet, jeżeli to POV Syriusza).
    „Założył płacz” – chciałabym to zobaczyć :D
    „odszukał tylko papierosów” – chyba papierosy; czemu wszędzie czysto krwiści popalają mugolskie używki (przecież to śmierdzi jak diabli)?
    „Ministerstwo nie pozwala się czuć teraz nigdzie bezpiecznie!” – ale, że co?
    „ichtak” – a co znaczy to słowo?
    „Jesteś mi w stanie do zapewnić?”- to
    „przemknąć pod sam prób” – próg
    „Anonin” – a może to był Anonim? Czyżbyś zatrudniała anonów w opowiadaniu?
    „Rigel znowu płakał” – to dziecko zmienia płeć jak żaby!
    „Stworek mało nie przytrzasną” – ile jest Stworków?
    Syriusz, bluźnierco, jak możesz słodzić kawę?!
    Część Syriuszowi podobała mi się znacznie bardziej niż ta z Regiem. Zwyczajnie nie umiem kupić tego, ze którykolwiek z Blacków mógł zmajstrować dzieciaka i się nim zajmować – obaj nie nadawali się do ojcostwa. Nieporadność i marudzenie Syriusz lepiej do mnie trafia, bo faktycznie widać, że zupełnie nie odnajduje się w roli opiekuna małej – raz chce ją oddać, raz zostawić w domu (swoją drogą nie zainteresuje się jakaś opieka? Bez przesady chyba nie można tak po prostu zostawić dzieciaka, pójść sobie i udawać, że nic się nie stało?).
    Jednak najfajniejsze były pierwsze i ostatnie fragmenty. Wprowadzenie i zawracanie głowy Syriuszowi przez ludzi, którzy nie potrafili dogadać się z żonami wyszło całkiem zabawnie, szczególnie to Syriuszowi rano :P. Fajny był również opis szybkiego testu na ojcostwo w wydaniu magicznym, w ogóle podobało mi się, że często gęstwo wplatałaś magię jako uproszczeni sobie życia przez czarodziejów.
    Dobrze też oddałaś atmosferę niepokoju, obaw ludzi. Rozmowa Syriusz i Belli wypadła genialnie (zwłaszcza, gdy pamięta się, że Bella w oryginale zabiła Syriusza, a tutaj w innych okolicznościach siedzą sobie przy ognistej i gadają; groźba na koniec mnie ujęła!) i chcę takich więcej. Nie bardzo wiem, czego mogła szukać w domu Blacków i dlaczego nie zrobiła tego wcześniej, kiedy Syriusz był we Francji. Marlena znów wyszła na jakąś taką… strasznie pazerną i durnowatą – bardziej interesowało ją dopieczenie Syriuszowi niż pomoc dziecku, a w dodatku tylko gały jej się paliły na myśl o pieniądzach i nie mogłam oprzeć się wrażeniu, że myślała o zdefraudowaniu pewnej sumy… Nie było mi jej szkoda, jednak doceniam, że Syriusz chce znaleźć jej mordercę.
    Pozdrawiam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak to jest, że im dłużej sprawdzam tekst (a robiłam to chyba z trzy razy!), tym więcej błędów w nim jest? No jak!? Ech, biedna ja... nigdy nie osiągnę przyzwoitego poziomu.
      Tak, Syriusz słodzi kawę, ponieważ Syriusz lubi szokować. Taki zły chłopak jest. Kawę słodzi. I to jeszcze dwie łyżeczki.
      Pierwotnie tekst miał być tylko o Syriuszu i jego wielkim życiowym wyzwaniu, jakim jest Rigel, a później stwierdziłam, że ogólna koncepcja trochę się zmieni i dodałam ten fragment z Regiem i Jeną.
      Poza tym, nie ukrywajmy, Syriusz nie nadaje się całkiem do roli opiekuna, ale nadrabia zaangażowaniem. Przynajmniej tym się zasłania. A co do opieki społecznej - ona dopiero go dopadnie i wtedy będzie musiał kombinować, jak wybrnąć z tego problemu, by jego twarz nie zagościła na kartach Proroka.
      Syriusz wyznaje zasadę, że jeżeli nie umiesz się dogadać z babą, to macie dwa wyjścia - albo ty ją zmieniasz, albo ona ciebie. Z czego druga opcja jest mocno godząca w dumę, bardzo.
      Kiedyś chciałam wprowadzić zaklęcie wiążące buty (i chyba z Tobą o tym pisałam lub z High), bo zawsze byłam pewna, że czarodziejskie dzieci prędzej nauczą się zaklęcia wiążącego sznurowadła niż robienia pętelek, ale później wydało mi się to krzywdzące i tak jakoś... odpuściłam. Ale będzie jeszcze wiele udogodnień.
      No teraz to Syriusz nie ma tak łatwo, bo z jednej strony, fajnie byłoby dalej być sobą i nosić glany, a z drugiej, no kurde, jest głową rodu i im milszy jest, tym więcej baranów pokroju Cepheusa zwala mu się na głowę. A Bella jest typem osoby, która, jeżeli jej pozwolisz, przegryzie ci tętnice, jak nie lepiej.
      Marlena nie miała wyjść na miłość Syriusza, ale jest ważną kobietą w jego życiu, bo... no, bo jest pierwszą osobą z jego znajomych, którzy zmarli podczas tej wojny. I to go zmusi do działania.
      Również pozdrawiam, Niah :)

      Usuń
    2. Zawsze coś się znajdzie ^^. Ale podziwiam, że sprawdzałaś trzy razy, bo to straszna katorga - zazwyczaj wysyłam becie po jednym czytaniu.
      No nie!!! Jak to dwie łyżeczki?! Już go nie lubię, o!
      Nie, ze mną nie pisałaś o zaklęciu wiążący buty, pierwsze słyszę (a raczej bym zapamiętała :D).
      A niech Syrek cierpi za tę kawę!
      Och, nie mówię, że miała wyglądać jak miłość Syriusza! W ogóle niespecjalnie zwróciłam uwagę, na to z kim Marlena sie zadawała, ale dalej dla mnie wyszła niesympatycznie i to nie dlatego, że rzuciła Blacka.

      Usuń
    3. Chyba, by mieć post bez żadnych błędów, musiała bym go regularnie przez miesiąc sprawdzać. Ale komu chciałoby się czekać miesiąc z opublikowaniem rozdziału? Hm, ktoś by się na pewno znalazł, ale nie ja.
      Aż strach się przyznać, że nie piję kawy :D
      W takim razie bulwersowałyśmy się kiedyś z High, że czarodzieje to pewnie takie leniwe kluchy, że nawet im się butów nie chce wiązać xD Bo i zaklęcia golące mają, i na upinanie włosów, i mieszanie zupy. Czarodzieje pochodzą od leniwców, jak nic.
      Pisanie kobietami ma ten minus, że strasznie tego nie lubię i często, samoczynnie, stawiam je w złym świetle ;P Ale akurat to z Marleną było zaplanowane.
      Pozdrawiam, Niah.

      Usuń
    4. Nie wiem - na pewno nie ja ^^. Czekanie to nic, ale te tortury, gdy czytasz po raz któryś to samo (strasznie nie lubię w krótkim okresie czasu czytać drugi raz jednej rzeczy).
      Bluźnierco! Przynajmniej nie wypłukujesz sobie magnezu...
      Niewątpliwie - tylko patrzeć, jak zaczną wisieć na drzewach przez całe dnie, wystawiając się do słońce coby cieplej było :P.
      Nie przepadam czytać ani pisać o kobietach na blogaskach. No Marlena wygląda na skopaną, bo z jednej wspominasz o tym, jak bardzo jest oddana sierocińcowi, a z drugiej z przekory jest w stanie pozwolić Syriuszowi zajmować się małą, chociaż wie, że się do tego nie nadaje (a przyznał jeszcze, że nie jest ojcem).

      Usuń
    5. Mam tak samo, gdy czytam już któryś raz ten sam rozdział, to bardziej robię to na pamięć, niż faktycznie czytam. Może dlatego jest tyle literówek...
      Ty sobie wypłukujesz, ja na potęgę piję czarną herbatę, która nie pozwala magnezowi wchłaniać się do organizmu. I bądź tu człowieku mądrym.
      Tyle się człowiek naczytał o źle skonstruowanych kobietach, że teraz krzywi się na sam widok damskiego imienia...
      No gdzież Marlena będzie szła na kompromisy z tym złym i paskudnym Ślizgonem, co to się jej wstydził (co wcale nie jest prawdą).
      Pozdrawiam, Niah.

      Usuń
    6. O to to!
      Właśnie - świat jest zbyt okrutny :(.
      Na żadne kompromisy, ale trzeba było draniowi zabrać bezbronne dziecko! Wiadomo, czego mu nakładzie do głowy?!

      Usuń