1 sie 2016

[NON OMNIS MORIAR] III. Zagubiony chłopiec

Czasami chciałby nie pamiętać tych wszystkich rzeczy. Tej niepewności malującej się na twarzy Syriusza, który ściskał rączkę swojego kufra, jakby od tego zależało jego życie. Słów, które wypowiedział, by poprawić mu humor – „wszystko będzie w porządku, wierzę w to” – i tej cichej nadziei, która pojawiła się na dnie szarych oczu. Uśmiechu i ciepłego uścisku, gdy żegnał się z nim na peronie, obiecując, że zobaczą się tuż po przerwie świątecznej.
Czasami James Potter tak bardzo chciałby nie pamiętać Syriusza Blacka.
Ale nie pamięć o nienaturalnie bladym chłopcu o jasnych oczach i ciemnych jak noc włosach sprawia, że czuje się nerwowy. To nagłówki gazet, które widział do końca przerwy świątecznej, każdego dnia od Bożego Narodzenia, sprawiają, że drżą mu dłonie, a w ustach robi się sucho.
„Pożar w posiadłości Blacków.”
„Zamach czy nieszczęśliwy wypadek?”
„Jedenaście osób spłonęło w pożarze.”
„Grimmauld Place 12 doszczętnie zniszczone.”
„Niespodziewany koniec rodu Blacków.”
Dokładnie pamięta tamte święta, gdy jego ojciec, cichym, spokojnym głosem, tak bardzo niepasującym do starego, ale dalej energicznego mężczyzny, mówił mu, że Syriusz nie żyje. W pierwszej chwili nie zrozumiał ani słowa, zbyt zaskoczony tym smutkiem w ciemnych oczach. Dłoń spoczywająca na ramieniu zrobiła się ciężka jak jeszcze nigdy.
Nie żyje.
Gdy już zrozumiał sens, gdy już do niego dotarło, co się stało, gdy już uświadomił sobie, że to jest nieodwołalne, coś jakby załamało się w jego piersi. Jakby jakaś część jego serca została zniszczona. Jakby cały świat spadł mu na głowę.
Ale to przeszło. Powoli, bardzo powoli, ale się z tym pogodził. Przestał się budzić co noc i spoglądać w stronę jego łóżka, szukając ciemnej głowy. Nauczył się, że to było od tamtego momentu łóżko Benjya, którego włosy miały niesprecyzowany kolor między jasnym brązem a blondem. Przyzwyczaił się, zaakceptował nowego współlokatora, ale gdzieś tam w głębi nigdy nie pogodził się ze stratą Syriusza.
Gdy siedzi w oknie swojego mieszkania i pali mugolskie papierosy, które kupił kiedyś, jeszcze dawno temu, na czarną godzinę, ma czas na przemyślenia i uświadamia sobie, że zawsze mu Syriusza brakowało. Zawsze jego głos był gdzieś z tyłu głowy, a spojrzenie szarych oczu śledziło go nieustannie. Niczym stały element w jego życiu, niczym… jego paranoja.
Wyjściowa szata leży na oparciu kanapy, tam, gdzie rzucił ją po powrocie z ministerstwa, a srebrne sprzączki odbijają światła latarni, świecąc niczym gwiazdy na tle czarnej tkaniny. Tego wieczoru wszystko kojarzy się Jamesowi z Syriuszem Blackiem, nawet nowo wywieszony bilboard na sąsiedniej ulicy, który widzi z okna. Oliver Wheit patrzy na niego z reklamy perfum – nieruchomy, jak każda mugolska fotografia, ale coś w jego oczach sprawia, że wydaje się nadzwyczaj żywy. Tak żywy, że jest w stanie patrzeć prosto na Jamesa, wręcz przez niego i wiedzieć, czego pragnie.
— Chciałbym mieć takie życie jak ty — szepcze w stronę bilboardu, chociaż wie, że odpowiedź nie nadejdzie. — Proste, mugolskie życie bez zmartwień. Bez wspomnienia wojny, bez strachu, bez straty. — Wyrzuca niedopałek tak, jakby chciał trafić prosto w oko plakatowego mężczyzny. — Ale ty nie chciałbyś mojego.
W kuchni nalewa sobie whisky do szklanki i pierwszą porcję połyka na raz, drugą tak samo i dopiero przy trzeciej się zatrzymuje. Patrzy długo poprzez bursztynowy płyn, dopóki nie decyduje się zostawić drinka na kuchennym blacie i wyjść z mieszkania. Musi się przejść, zaczerpnąć świeżego powietrza, poprzebywać z ludźmi, którzy nie będą chcieli na każdym kroku wbić mu noża w plecy.
Koniec końców rocznicę zakończenia wojny i tak spędza w mugolskim barze, ale nie kończy się to na jednym czy dwóch drinkach. Tym razem jest bardzo pijany, do tego stopnia, że nie może się utrzymać na nogach i wpada na jakiegoś mężczyznę. W desperackim odruchu chwyta się jego koszuli, by nie upaść na ziemię i mamrocząc nieskładne przeprosiny, używa jego ciała, by powoli ustawić swoje ociężałe ciało do pionu. Z jakiegoś powodu nieznajomy nie protestuje, właściwie to całkiem nie reaguje. Gdy staje z nim twarzą w twarz, ma wrażenie, że w tym rozmazanym obrazie jest coś znajomego. Alkohol podpowiada mu głupie rzeczy i chyba tylko jakieś resztki godności, które zachował, każą mu się wytłumaczyć:
— To by-barzzo zły zień — bełkocze, jedną ręką trzymając się ramienia, a drugą szukając w kieszeni spodni różdżki. Po co mu właściwie różdżka? — Churwa… moja różka? — Obraca się niespokojnie i ma już się przewrócić, tym razem na plecy, gdy ręce nieznajomego chwytają go mocno za ramiona i ustawiają do pionu.
— Masz ją w drugiej kieszeni.
Najpierw maca tylną lewą kieszeń, a dopiero później przednią. Dlaczego wsadził różdżkę do przedniej kieszeni? Nieważne. Ważne, że jest. Och, jak dobrze, że ten facet pokazał mu, gdzie jest. Powinien go uściskać. Tak, to właśnie zrobi. Pełen wdzięczności uścisk, prosto z serca. Tak swoją drogą, gość ma przyjemne perfumy. I jest ciepły. Dopiero teraz zdaje sobie sprawę, jak zimno jest na dworze i bez wahania przylega do mężczyzny na dłużej. Słyszy jego westchnięcie, a później powoli odpływa.
W momencie, w którym odzyskuje świadomość, wraz z nią wracają wspomnienia poprzedniej nocy i James czuje zimny dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa. Sam fakt, że leży na czymś miękkim i jest przykryty kocem, sprawia, że strach rośnie w jego klatce piersiowej. Whisky go okłamała wczorajszej nocy, a teraz musi się zmierzyć z rzeczywistością i dowiedzieć, gdzie właściwie jest.
Gdy uchyla powieki, zauważa zwyczajny salon. Może tylko stojący w roku telewizor nie pasuje mu do zwyczajnego wyobrażenia, ale to, że jest w mugolskim domu, go nawet uspokaja. Przestaje się obawiać niespodziewanego, w końcu ma różdżkę.
Chyba.
Szybko przeszukuje kieszenie w poszukiwaniu różdżki, a gdy jej nie znajduje, maca stolik naprzeciwko siebie. Pierwsze wpadają mu w ręce okulary, więc zakłada je na nos i w następnej chwili lokalizuje nie dość, że swoją różdżkę, to jeszcze klucze do mieszkania. Jego buty stoją pod stołem, a na blacie znajduje nawet szklankę wody i okrągły krążek z napisem „ASPIRIN”. Wie tyle, że to mugolska tabletka, rodzaj leku, ale całkiem się na nich nie zna i postanawia wypić tylko pozostawioną wodę, chociaż w momencie, w którym chłodny napój przepływa przez jego przełyk, czuje się jeszcze gorzej niż chwilę wcześniej. Do tego nie zabił w ogóle pragnienia. Najciszej na ile potrafi chodzić w obecnym stanie, przechodzi przez cały salon w stronę futryny do kuchni pozbawionej drzwi. Nalewa dla siebie wody do szklanki, a gdy i to nie wystarcza, wypija resztę prosto z butelki.
Rozgląda się ukradkiem po mieszkaniu i w koszyku obok okna znajduje pocztówkę z Liverpoolu. Oliver Wheit. Maida Hill West 2.
Słyszy kroki w innej części domu i na chwilę zamiera. Nie ma to większego sensu, ale to, co dokładnie pamięta z poprzedniego wieczoru, to fakt, że napotkany mężczyzna wskazał mu, gdzie miał różdżkę. Nie ma pojęcia, czy natrafił na wyjątkowo pobłażliwego mugola, który widząc wystający kij z kieszeni dorosłego mężczyzny bredzącego o różdżkach, założył, że to jest właśnie zguba, czy może trafił na jakiegoś charłaka żyjącego po mugolskiej stronie w obawie przed ministerstwem i pomógł mu z czystej życzliwości. Równie dobrze mógł go znaleźć ktoś inny po tym, gdy urwał mu się film.
Jednak tego, kto staje w przejściu między kuchnią a salonem, się nie spodziewa. Chwilę szuka w myślach imienia, bo przecież nazwisko już zna, ale kac nie pozwala mu się skupić. Jedyne, co jest w stanie sobie przypomnieć, to zdrobnienie.
Przed nim stoi Arie Wheit i James czuje, że coś tutaj nie gra. To zbyt dziwny przypadek, by wieczór wcześniej przyglądał się plakatowi jego brata, a teraz stał z nim twarzą w twarz. „Przypadki nie istnieją”, powtarza mu w głowie głos Syriusza Blacka i James mu wierzy.
— Sądząc po twoim spojrzeniu, nie pamiętasz mnie z wczorajszego wieczoru — stwierdza spokojnie Arie i bez żadnego skrępowania nalewa wody do czajnika i stawia na gaz. Jest tak blisko, że mogliby się zderzyć łokciami.
— Nie jestem do końca pewien, czy mężczyzna, na którego wczoraj wpadłem i przytuliłem, to ty, czy może miałeś więcej szczęścia.
— Niestety nie. Co więcej, zasnąłeś w moich objęciach.
James pozwala sobie w myślach na głośne jęknięcie zażenowania i stara się mimo wszystko utrzymać fason. To dlatego mężczyzna ze wczoraj nie wydawał mu się nieznajomy, bo już się wcześniej widzieli. Co nie zmienia faktu, że są dla siebie obcymi ludźmi.
— Czemu mnie tutaj przyprowadziłeś? Mogłeś mnie zostawić w barze.
— Barze? Nie chcę udowadniać ci, że z poprzedniego wieczoru pamiętasz jeszcze mniej, niż ci się wydaje, ale wpadłeś na mnie na ulicy i zdecydowanie nie było przy niej ani jednego baru.
Rozmasowuje twarz rękami. Faktycznie, świta mu w głowie mniej, niż by chciał. Obiecuje sobie w głębi serca, że już nigdy nie da się ponieść emocjom i się tak nie upije. Mdłości, które go powoli męczą, tępy ból głowy i piekące oczy są idealną karą za wczorajszą samowolkę. Co gorsza, powinien być dzisiaj w pracy i tłumaczyć się przed Rowle'em. Czarno widzi powrót do biura po weekendzie.
Arie Wheit przygląda mu się w milczeniu i dopiero gwiżdżący czajnik wyrywa go z zamyślenia. Zalewa dwa kubki z herbatą, a do szklanki wypełnionej sporą ilością cukru dolewa wody i miesza energicznie, aż pozostanie przejrzysty płyn. Podsuwa mu go, a sam zabiera herbaty do salonu.
James chciałby wiedzieć, czemu ma służyć woda z cukrem. Teraz przydałby mu się odpowiedni eliksir, a nie mugolskie wynalazki. Unosi szklankę do twarzy, wącha, smakuje i dopiero gdy jest pewien, że to na pewno nic nieszkodliwego, wypija powoli i odstawia szklankę do zlewu. Wraca na kanapę, na której spał i przygląda się mężczyźnie, który bez większego skrępowania włącza telewizor i skupia swoją uwagę na wiadomościach. Chcąc nie chcąc, po chwili się do niego przyłącza, słuchając wydarzeń z mugolskiego świata. Nieświadomie próbuje je powiązać z magiczną stroną, ale jego paranoja wydaje się niespodziewanie spokojna, jakby Syriusz nie miał nic do powiedzenia.
Kiedy zaczął go utożsamiać ze swoją obsesją?
— Jak masz na imię? — pyta niespodziewanie Arie, wyrywając go z zamyślenia.
Właściwie, to pytanie powinno paść na samym początku i może tylko zgadywać, czy gospodarz specjalnie go nie zadał czy zwyczajnie zapomniał. Nie wydaje się jednak typem osoby, która by w obecności nieznajomego czegoś zapominała.
— James Potter. — Nie ma sensu kłamać. Mugol czy nie, nie jest poszukiwany, by udawać kogoś innego. — Ty jesteś Wheit. — przerwał mu, nim zaczął. — Arie Wheit – wybacz, zapomniałem pełnej formy. Spotkaliśmy się kiedyś w barze. Stosunkowo niedawno.
— Bardzo możliwe. I wolę Arthur, jeśli można. Tylko mój brat nazywa mnie w ten durny sposób. — Pokręcił głową. — Masz jakieś pieniądze na taksówkę?
Chwilę zajmuje mu przypomnienie, czym są mugolskie taksówki, ale udaje mu się unikać odpowiedzi, gdy w tym samym momencie faktycznie przeszukuje kieszenie w poszukiwaniu pieniędzy. Nie został mu nawet samotny knut. W tym stanie ryzykowanie teleportacji nie jest najlepszym pomysłem, więc prawdopodobnie czeka go długi spacer do domu.
— Wygląda na to, że mój wczorajszy wypad na miasto był droższy, niż myślałem. Mieszkam na Campden Street. Daleko to stąd?
— Niekoniecznie. To niedaleko Hyde Parku, prawda? — James kiwa głową. — Mam po drodze, podwiozę cię.
— Mój wczorajszy uścisk cię urzekł, co? — Stara się żartować i nawet mu się udaje, ponieważ Arthur Wheit unosi kącik ust w uśmiechu.
— Owszem, ale powinieneś mnie najpierw zabrać na kawę, nim wprosiłeś się do mojego domu.
James nie miał nigdy okazji jechać w mugolskim samochodzie. Widział wiele z nich, ale nigdy nie było okazji, by do jakiegoś wsiąść. Gdy wyjeżdżają spod Shuterland Avenue 182, a James jedzie z Arthurem Wheitem, bardziej interesuje go wnętrze niż droga przed nimi, a mugol, ku jego zaskoczeniu, odpowiada spokojnie na każde, nawet najbardziej dziwne pytanie.
Zastanawia się, czy Arthur ma go za ekscentryka, czy może wie o nim coś więcej, o magicznym świecie, o czarodziejach. Nie zadawał żadnych pytań o różdżkę i to zaczyna wzbudzać w Jamesie niepokój, bo mugole się tak nie zachowują. Mugole lubią dużo wiedzieć, szczególnie gdy coś jest dla nich nowe i niezrozumiałe. Przynajmniej takich mugoli do tej pory poznał.
Arie zatrzymuje się przed odpowiednim blokiem i James może wysiąść. Już ma podziękować za przywóz, gdy jego ekstrawertyczna część osobowości, ta, która lubi poznawać nowych ludzi, odzywa się jego ustami:
— Wtorek, szesnasta, w tym samym miejscu, co ostatnio?
Artur przygląda mu się ciekawie, po czym krótko potakuje głową. Wymieniają podziękowania, pozdrowienia i dopiero w momencie, gdy James wchodzi do mieszkania, Arthur Wheit odjeżdża.
James nie zamierza jednak zostać w środku zbyt długo. Gdy jest pewien, że ciemnego samochodu nie ma w zasięgu wzroku, bierze pieniądze i wychodzi na zewnątrz, kierując się do sklepu. Tam długo stoi przed ścianą z prasą, przeglądając mugolskie gazety w poszukiwaniu informacji o Arthurze Wheicie, a najlepiej o obu braciach, gdy natrafia na znajomo wyglądające nazwisko. Shoumaier. Zanim jego myśli ustalą, gdzie je wcześniej widział bądź słyszał, wzrok bezwiednie trafia na nazwisko Wheit w wywiadzie z nim. Dłużej się nad tym nie zastanawia – bierze tę gazetę i pozostałe trzy, w których coś wynalazł, i płaci za nie przy kasie.
Wchodząc do mieszkania jest przekonany, że zaraz zasiądzie nad makulaturą i postara się znaleźć coś godnego uwagi, gdy jego kominek się odzywa. W palenisku pojawia się ognista twarz Thorfinna Rowle’a, który wygląda na wytrąconego z równowagi.
— Potter. Widzę cię w moim biurze w tej chwili.
Głowa znika, a James przeklina cicho pod nosem. Wpada do łazienki, szybko się myje, przebiera, zmniejsza gazety i chowa je do kieszeni, po czym fiuka wprost do gabinetu swojego szefa.
Ogniste oblicze Rowle’a wydaje mu się przyjemniejsze niż czerwona ze złości twarz jego przełożonego, który krąży niczym drapieżnik po swoim gabinecie i próbuje zamordować go wzrokiem.
— Wczoraj wyszedłeś przed końcem zmiany, a dzisiaj w ogóle się nie pojawiłeś. Myślisz, że jesteś na wakacjach?
— Nie.
— Więc pewnie masz ważniejsze rzeczy niż praca? Może powinienem cię zwolnić, byś mógł się zająć stertą „bardzo ważnych spraw”, skoro i tak nie wypełniasz swoich obowiązków?
James czuje się zirytowany.
— Faktycznie, wczoraj wyszedłem wcześniej, ale dzisiaj nie przyszedłem ze względu na kaca. Nie mam żadnego angażującego zajęcia, które odrywa mnie od pracy. Po prostu za dużo wypiłem.
— I uważasz, że to dobra wymówka?
— Oczywiście, że nie. Odpracuję to, obiecuję.
— Świetnie. Widzę cię w sobotę w biurze o tej godzinie, co zawsze, a teraz wracaj do pracy.
Rowle wskazuje mu drzwi, więc James bez słowa wychodzi. Gdy znajduje się poza wzrokiem przełożonego, pozwala sobie na wywrócenie oczami. Tyle dobrze, że woda z cukrem faktycznie pomogła i nie musi się teraz męczyć z bolącym żołądkiem. Co prawda jest trochę głodny, ale postanawia przegłodzić się do lunchu i nie prowokować Rowle’a. Wystarczy mu widoku jego twarzy na dzisiaj.
Tuż po wejściu do własnego gabinetu ma ochotę z niego wyjść i wrócić do domu. Na biurku piętrzą się stosy kopert i James dobrze wie, czym są. Skargami na ustawę o wilkołakach.
W połowie czytania ma już dość. Czuje się paskudnie. Co innego, gdy wiesz, że coś może zniszczyć komuś życie, a co innego, gdy masz przed sobą dowód na to. Załamane żony wyzywają go od najgorszych, że przez niego ich mężowie zostali od nich zabrani, rodzice wilkołaków nie-z-wyboru pytają, czy ich dzieci nie wycierpiały się już wystarczająco w życiu, ale najbardziej dobija go czyjś suchy raport o tym, ile osób już zostało zabitych z jego winy, z winy jego durnej ustawy.
A wtedy, pomiędzy tymi wszystkimi skargami, pojawia się list, którego James się nie spodziewa, ale w głębi duszy chciał go dostać już od dawna, tyle że w lepszych okolicznościach. Z miejsca poznaje lekko koślawe pismo Remusa Lupina i przez naprawdę długi moment przygląda się kopercie jakby z obawą, co może znaleźć w środku.

„Drogi Jamesie,
Chciałbym zapytać, czy wszystko u Ciebie w porządku, ale wiem, że tak nie jest. Mogę się tylko domyślać, że całą nienawiść z powodu nowej ustawy spłynęła na Ciebie i że nie jest Ci teraz łatwo. Ze swojej strony chcę Ci powiedzieć, że nie mam do Ciebie żadnego żalu. Jesteś taką samą ofiarą w tej sytuacji jak my.
W takich sytuacjach, gdy siedzę w pubie i piszę do Ciebie ten list, a ludzie dookoła mnie szeptem wyrażają swoje niezadowolenie, trochę żałuję, że przeżyliśmy tę wojnę. Poświęciliśmy tak wiele, a i tak nie dostaliśmy nic, co by nam wynagrodziło cały ten ból. Wiem, myślisz sobie teraz „Remusie, nie wiesz nawet co musiałem zrobić, by przetrwać”, ale spokojnie, ja wiem. Zrobiłeś wszystko, co było konieczne i nie powinieneś czuć się z tego powodu źle. Wiem, że gdzieś wokół ciebie jest też Anna i Caradoc – mam nadzieję, że wspieracie się nawzajem w tych ciężkich chwilach. A nawet jeżeli się kłócicie, wierzę, że w końcu dojdziecie do porozumienia.
Pomyślałem, że w tym zamieszaniu, które będzie się utrzymywało przez chwilę wokół ustawy, będę mógł wysłać ten list bez obaw, że zostanie przechwycony lub że będziesz miał z jego powodu nieprzyjemności.
U mnie wszystko dobrze. Nie przelewa mi się, ale nie żeby kiedykolwiek mi się przelewało. Mam dach nad głową, mam co włożyć do garnka, gdzie spać. Staram się żyć na uboczu i nie wychylać. Łapię się krótkich zleceń i nie zostaję nigdzie na zbyt długo. Jest dobrze. Mogłoby być lepiej, ale nie narzekam.
Spotkałem ostatnio Mary Macdonald. Pamiętasz ją jeszcze? Tę korpulentną brunetkę, która robiła nam kawę i kanapki, gdy wracaliśmy z akcji? Pracuje teraz w mugolskiej bibliotece. Tak jak ja stara się nie wychylać. Znalazła sobie nawet faceta, ale boi się go zaprosić do domu, bo nie wie, jak wyjaśnić mu, że nie ma ani pralki, ani telewizora.
(Pamiętam, że wiesz, czym jest telewizor, a pralka to urządzenie, które robi pranie za mugoli).
Udało mi się też trafić na Sturgisa Podmore’a, ale z nim nie jest dobrze. Nie umie się zaaklimatyzować w mugolskim świecie i mam wrażenie, że powoli popada w obłęd. Podczas naszej krótkiej rozmowy trzy razy oskarżył mnie o bycie śmierciożercą i rozglądał się wokół nas, jakbyśmy mieli być podsłuchiwani. Mam nadzieję, że sobie poradzi.
Nie spotykam zbyt często byłych zakonników, ale gdy już na jakiegoś trafię, staram się z nimi przynajmniej chwilę porozmawiać. Przez pierwszy rok jeszcze tlił się w nich ogień do dalszej walki, ale teraz wszyscy chcą po prostu dobrze żyć.
Ja po części chcę już tylko spokoju. Znalazłem wczoraj na swojej głowie siwe włosy, a moje spojrzenie w lustrze codziennie mówi mi, że dwudziestoczterolatek tak nie wygląda. Chciałbym przestać obawiać się tego, że zostanę postawiony przed Wizengamotem i Merlin jeden wie, co orzekną sędziowie. Najbardziej chciałbym siąść z Tobą i Benjyem w Trzech Miotłach i wypić po butelce kremowego. Chyba chciałbym Cię po prostu zobaczyć, tak myślę. Upewnić się, że wszystko z Tobą w porządku, ale to na razie niemożliwe.
Proszę, nie odpisuj na ten list i nie staraj się ze mną skontaktować. To niebezpieczne, ale obiecuję, że przy najbliższej okazji, jeżeli będę mógł, znów do Ciebie napiszę.
Twój przyjaciel,
Remus”.

Jamesa pieką oczy. Wie, że to bardzo niemęskie łzy kręcą mu się pod powiekami, ale to nie jego wina, że list od przyjaciela go tak wzrusza. Z Remusem wszystko w porządku. Tak się bał, że coś może mu się stać, że zniszczył mu życie, ale z Remusem jest dobrze. Nic go tak nie ucieszyło w ostatnim czasie, jak ten list.
Oddycha głęboko, starając się uspokoić. Nie chce sobie pozwolić na chwilę słabości w biurze. Klepie się po policzkach, kręci energicznie głową i już jest mu lepiej. Niby powinien wrócić do pracy, która ostatnio polegała na udawaniu, że dalej pracuje nad czymś, co już dawno skończył, ale zbliża się koniec lunchu, więc zamierza to wykorzystać.
Podczas drogi na stołówkę nikogo znajomego nie spotyka. Miga mu gdzieś sylwetka Anny Shafiq, gdy ktoś wsiada na pierwszym piętrze, a on może spojrzeć przez chwilę w głąb korytarza. Nie ma pewności, czy to na pewno była ona, ale to było jej piętro i kojarzy tę bordową szatę właśnie z nią. Nie jest pewien, czy nie miała jej na sobie, gdy Benjy ją im przedstawiał.
Na stołówce jest tłok i ledwo znajduje dla siebie miejsce. Przez to nie jest bardzo zdziwiony, gdy ktoś się do niego dosiada.
— Panie Potter.
James unosi wzrok i gdyby miał coś w ustach, właśnie by się zachłysnął. Przed nim siedzi Warrick Yaxley, szef Departamentu Przestrzegania Prawa Czarodziejów, z którym James nigdy nie rozmawiał, bo i kiedy? Mężczyzna sprawia wrażenie człowieka surowego, wiecznie niezadowolonego i pełnego jakiegoś gorzkiego żalu. To ostatnie da się wyjaśnić, skoro to akurat jego córka, ze wszystkich czarownic w kraju, została zgwałcona.
Coś z tyłu głowy Jamesa – najpewniej Syriusz – mówi mu, że to nie przypadek, by córka kogoś, kto od lat strzeże magicznego prawa, została potraktowana niezgodnie z nim. W takim razie Kaliopa nie byłaby zwykłą ofiarą, a informacją wysłaną jej ojcu. Jak wielu mężczyzn stary Yaxley musiał zdenerwować, by jego rodzinę spotkało coś takiego?
— Panie Yaxley. — Kiwa mężczyźnie głową i czeka na ruch z jego strony.
— Kaliopa mówiła, że dotrzymał jej pan wczoraj towarzystwa na Rocznicy. — Ponowne kiwnięcie głową. — Dobrze się o panu wypowiadała. 
— Miło mi to słyszeć. — Pozwala, by mimowolny uśmiech zagościł na jego twarzy.
— Dobrze wiedzieć, że nie wszyscy są tak krótkowzroczni. — Yaxley patrzy w stronę kilku sędziów Wizengamotu i Jamesa uderza czysta pogarda, która wręcz emanuje z twarzy mężczyzny. Czuje się nieswojo. — Chciałem panu za to podziękować. Kaliopa ma dzięki panu lepszy humor.
— Nie musi mi pan dziękować za miły czas, który spędziłem w towarzystwie pana córki.
Warrick Yaxley przygląda mu się chwilę w ciszy, po czym sam uśmiecha się kącikiem ust. James czuje się zaskoczony, bo ten półuśmiech jest jak najbardziej szczery. Właściwie, Yaxleyowi sprawiają, że pierwszy raz od czterech lat czuje się w tym nowym społeczeństwie dobrze, że widzi jakąś nadzieję, widzi ludzi, a nie śmierciożerców ubranych w dzienne szaty, którzy otaczają go zewsząd. Odwzajemnia uśmiech.
Kończą swoje posiłki w ciszy, ale nie jest to rodzaj nieprzyjemnego milczenia, a raczej ten, kiedy nie masz potrzeby niczego mówić, by dalej czuć się dobrze w czyimś towarzystwie.
Wraca do biura w naprawdę wyśmienitym humorze. List od Remusa wkłada do kieszeni, reszty listów-pogróżek oraz listów-skarg pozbywa się, wrzucając do kosza. Pozostawia tylko ten z danymi statystycznymi, tak dla siebie, by pamiętać, i w końcu może zająć się Wheitami.
Tak mu się przynajmniej wydaje, bo ledwo udaje mu się otworzyć gazetę, do jego gabinetu ktoś wchodzi i natychmiast zamyka za sobą drzwi. Z zaskoczeniem patrzy na małego, jasnowłosego chłopca, który widać wybrał sobie akurat jego gabinet za idealne miejsce do schowania się przed tym, przed kim chciał się ukryć.
Chłopiec dopiero po chwili orientuje się, że wcale nie znalazł dobrego miejsca na kryjówkę i wlepia zaskoczone i lekko przestraszone spojrzenie w niego. James uśmiecha się delikatnie, odkłada mugolską gazetę do szuflady – przezornie – i podchodzi do dziecka.
— Hej, mały. Jak masz na imię?
Chłopczyk zastanawia się chwilę, jakiej odpowiedzi udzielić, widać to po jego zmarszczonych brwiach.
— Draco.
— Cześć, Draco. Jestem James. Co robisz w moim biurze?
— Chowam się.
— Przed kim?
— Przed tatą.
— A czemu nie chcesz, by tata cię znalazł? — Odpowiedź chłopca sprawia, że przez chwilę James czuje dreszcz niepokoju. Czy w domu Dracona na pewno jest wszystko w porządku?
— Bo wtedy wrócimy do domu, a tam jest nudno.
James oddycha w duchu z ulgą. Nie można wierzyć dzieciom na słowo. To w końcu tylko dzieci, wyolbrzymiają.
— Rozumiem, ale widzisz, Draco, twój tata musi się o ciebie teraz martwić. Ministerstwo jest bardzo duże. Pewnie uważa, że się zgubiłeś i jest mu teraz bardzo przykro. Chcesz, by twojemu tacie było przykro?
Chłopiec znów marszczy brwi, bardzo mocno myśląc nad tym, co powiedział James i ostatecznie kręci przecząco głową. Wygląda nawet, jakby było mu trochę wstyd.
— Widzisz. Chodź, poszukamy go razem. Jak nazywa się twój tata?
— Lucjusz Malfoy.
Niespodziewanie dreszcz niepokoju wraca do Jamesa ze zdwojoną siłą.
Kręcą się jakiś czas bez powodu po trzecim piętrze, szukając Malfoya, ale James ostatecznie musi stwierdzić, że tutaj go nie ma. Nie chcąc ciągać małego Dracona po Ministerstwie, a tym bardziej minąć się gdzieś z jego ojcem, postanawia zjechać z małym na parter i ogłosić w recepcji, że znalazł dziecko.
Przy okienku siedzi stara czarownica o nieprzyjemnym wyglądzie, a na plakietce przypiętej do piersi widnieje „Heldie Brown”. James kojarzy jej imię w swojej pamięci gdzieś pomiędzy częstymi żalami Caradoca. Widnieje między „stara raszpla” a „wiedźma” i musi przyznać, że Dearborn opisał ją najdokładniej, jak się dało, używając minimalnej ilości słów.
— Przepraszam. Chciałbym zgłosić…
— Zajęta jestem — przerywa mu nieuprzejmie kobieta, nawet nie patrząc w jego stronę.
— Czyta pani gazetę — zauważa na tyle uprzejmie, na ile go w tym momencie stać, ale ma ochotę powiedzieć coś bardzo niecenzuralnego. Czuje na sobie jednak spojrzenie Dracona i nie zamierza dać się ponieść emocjom, a tym bardziej spławić.
— A pan mi dalej przeszkadza.
— Chciałbym zgłosić, że ten chłopiec obok mnie, Draco, szuka swojego ojca, Lucjusza Malfoya. Wierzę, że pan Malfoy będzie zadowolony, gdy znajdzie syna jak najszybciej. Nie chce pani chyba, by się martwił, prawda?
Lucjusz Malfoy jest w wewnętrznym kręgu – czy jakby nazwać śmierciożerców, który zawsze byli najbliżej Voldemorta i dalej są. To im dostały się największe zdobycze po wojnie i chociaż część z nich nawet nie pracuje w Ministerstwie, mają w nim tak wielkie wpływy, że większość pracowników je im z ręki. Głównie ze strachu.
Heldie Brown zaczyna rozumieć powagę sytuacji. Wychyla się ze swojego okienka, by przyjrzeć się Draconowi, po czym bez chwili wahania zbliża się do wielkiej trąby ustawionej w jej stronę szerszą częścią i przykładając różdżkę do gardła, mówi: „Draco Malfoy czeka w recepcji na swojego ojca”. Powtarza to dokładnie trzy razy, posyła Jamesowi niechętnie spojrzenie i wraca do czytania swojej gazety. Artykuł, który czyta, ma nagłówek „Najlepsze metody na schudnięcie” i James nie może się powstrzymać.
Pochyla się w jej stronę i mówi na tyle cicho, by tylko kobieta go słyszała:
— Polecam odstawienie dyniowych piegusków.
Puszcza oczko oburzonej kobiecie i odchodzi z małym Draconem w stronę ławki obok. Czuje jakąś mściwą satysfakcję w głębi serca, niczym podczas robienia żartów w szkole, i nie może powstrzymać uśmiechu.
— Co jej powiedziałeś?
— Nic takiego. — Czochra jasne włosy chłopca. — Mówiłeś, że nudzisz się w domu. Nie masz się z kim bawić?
— Tak. Jestem sam.
— Chciałbyś mieć brata albo siostrę?
Draco wzrusza ramionami.
— Nie wiem. Ale chyba i tak nie będę miał.
— Czemu?
— Bo ciocia czasami mówi, że mama nie powinna marnować czasu na tatę.
James stara się ukryć zaskoczenie. Na szczęście Draco patrzy w stronę fontanny i innych dzieci wrzucających pieniądze do wody, czekając na rodziców. Niespodziewanie chłopiec patrzy wprost na niego.
— To znaczy, że moja mama i tata nie będą już razem?
— Nie, Draco. Myślę, że twoja ciocia mogła być zła na twojego tatę, dlatego tak powiedziała. Nie powinieneś się tym przejmować. Dorośli często się kłócą, ale szybko się godzą.
— Po co się kłócić, skoro i tak się będą godzić? Nie mogą się nie kłócić?
Chłopiec marszczy brwi niezadowolony, że czegoś nie rozumie, a James posyła mu ciepły uśmiech. Ponownie czochra jego włosy, tym razem w bardziej czuły sposób. Niespodziewanie Draco zauważa kogoś kątem oka i robi się niespokojny. James spodziewa się ujrzeć Lucjusza Malfoya zmierzającego w ich stronę, ale zamiast tego zauważa Bellatrix Lestrange i czuje, jak ogarnia go gorące uczucie gniewu.
Musi się opanować. Musi ochłonąć i nie dać odczuć kobiecie, jak bardzo nią gardzi. Udawanie z daleka, że wszystko jest w porządku, wydaje mu się teraz dziecinnie proste, gdy musi się zmierzyć ze swoim koszmarem twarzą w twarz.
Bellatrix jest niewątpliwie kobietą piękną, nie da się tego nie zauważyć. Ma idealnie bladą cerę, stalowe oczy i burzę ciemnych loków okalającą twarz, a szata, którą nosi na sobie, wygląda jak milion galeonów. Nie sprawia to jednak, że wydaje się miłą osobą. W jej dużych oczach czai się coś niebezpiecznego, a czerwone usta wygięte są w kpiącym uśmiechu.
Niemniej jednak James czuje w tym momencie tylko obrzydzenie do jej osoby.
— Pan Potter. Dziękuję, że zajął się pan moim siostrzeńcem. Draco potrafi być taaakim urwisem — mówi i ciągnie przy tym małego chłopca za policzki, jakby jego skóra była zrobiona z gumy. Widzi po dziecku, że gest nie jest wcale czuły i powstrzymuje złość. — To bardzo miłe z pana strony.
— To nic wielkiego. A ojciec chłopca jest…?
— Ach, Lucjusz? Zajęły go jakieś bardzo ważne sprawy — odpowiada wymijająco i uśmiecha się szerzej. — Dlatego ja przyszłam po Dracona. — Przyciąga chłopca do siebie gestem, który jest bardziej zaborczy niż czuły, a mały Draco wygląda niczym kociak złapany przez drapieżnika o paznokciach pomalowanych na głęboki odcień czerwieni.
Najchętniej by jej go wyrwał, ale nie może sobie na to pozwolić. To jego ciotka, ma prawo go zabrać, czy Jamesowi się to podoba, czy nie. Jedyne, co może teraz zrobić, to patrzeć za odchodzącym chłopcem i liczyć na to, że jego matka jest dla niego bardziej czuła. Po chwili przypomina sobie jednak wiecznie niezadowolone oblicze Narcyzy Malfoy i wie, że to tylko płonne nadzieje.
Ostatecznie Wheitami zajmuje się dopiero w domu. Robi sobie gorącą herbatę, siada przy stoliku do kawy z gazetami i pergaminem, i zaczyna pracować. Wszystkie swoje przemyślenia zapisuje wraz z czytaniem kolejnych wzmianek.

Oliver Wheit, 24 lata, aktor i model, Maida Hill West 2. Wybuchowy, otwarty, pyskaty, szczery.
Arthur Weith, 22 lata, aktor i model, Shuterland Avenue 182. Spokojny, ułożony, wycofany.

Szuka dokładnych informacji o dacie i miejscu urodzenia, ale gazety tego nie podają. Nawet go to bardzo nie dziwi. Kreśli strzałkę między adresami braci i dopisuje obok „10 minut”. Dokładnie tak daleko od siebie mają, a mimo to nie mieszkają razem. Z jednej strony całkowicie to rozumie – jak długo można mieszkać z rodziną? – a z drugiej interesuje go odległość. To tak, jakby chcieli zawsze być blisko siebie, w razie potrzeby. Może mu się tylko tak wydaje, bo w końcu mieszkają w dobrej dzielnicy i chodziło od zawsze o komfort, a może ma rację. Nie wie.
Przegląda gazety dalej i trafia na wywiad z Shoumaierem, menadżerem Wheitów.

Emily Bennet: Jest pan znany z tego, że pana podopieczni w bardzo krótkim czasie robią wielką karierę. Ma pan jakiś przepis na to, co zrobić, by zostać gwiazdą?
Howard Shoumaier: Raczej nie. Tak naprawdę niewiele ode mnie zależy, to wszystko jest już w ludziach, z którymi zaczynam pracować. Na początku większość z nich o tym nie wiedziała, a nawet nie śniła nigdy o aktorstwie, ale mają w sobie to coś. Trzeba to po prostu dostrzec.
E.B.: A jest duża różnica między tymi, którzy wiedzą, że się nadają do aktorstwa, a tymi, którzy nie wiedzą?
H.S.: To nie tak, że oni wiedzą, że powinni być aktorami. Raczej zdają sobie sprawę z tego, że jest w nich coś wyjątkowego. A różnicę chyba najlepiej widać po moich obecnych podopiecznych, braciach Wheit. Widzi pani, gdy ich poznałem i pierwszy raz rozmawialiśmy, Arthur nie odezwał się słowem, a Olivier próbował mnie przekonać, że wie więcej ode mnie. Był tak przekonujący, że prawie mu uwierzyłem! (śmiech) Ale gdy spojrzy pani na filmy, to Arthur jest tym, który lepiej przekazuje emocje. Nie wyobrażam go sobie jednak w komediach. To nie jest osoba, która potrafiłaby opowiadać żart, który uważałaby za słaby.
E.B.: Jak dokładnie pan ich poznał?
H.S.: Jak większość moich przyszłych klientów – siedziałem z kawą w parku i przyglądałem się ludziom, a oni po prostu przechodzili z grupką znajomych. Rozmawiali, spędzali miło czas, a mimo to było w nich coś… magicznego. Sęk w tym, że gdy ich pierwszy raz zobaczyłem, miałem wrażenie, że już coś grają. To nie było coś, co widzisz za pierwszym razem, ale jest na tyle niespotykane, że zaczynasz się wgapiać. Wydawało mi się – dalej mi się właściwie wydaje – że Oliver i Arthur starali się grać normalnych i zwyczajnych ludzi, chociaż gdy się przebywa w ich towarzystwie i ich słucha, wie się, że nie są zwyczajni. Więc zaprosiłem ich na rozmowę, później zaproponowałem kilka małych ról, a potem stali się gwiazdami.
E.B.: W pana ustach brzmi to tak, jakby to było niesamowicie proste!
H.S.: Och, bo to jest proste. Wystarczy trochę szczęścia, chęci i wiary w siebie. Nie zmusiłem Wheitów, by ze mną pracowali. Sami tego chcieli. Byli tylko dwójką chłopców z Whitechapel, nie mieli nic do stracenia, a mogli tylko zyskać. I to wykorzystali.
E.B.: Oczywiście, ale w ostatniej rozmowie z reporterami Oliver wyglądał tak, jakby sława zaczęła mu przeszkadzać. Powiedział, że „[reporterów] powinna interesować tylko nasza praca, a nie nasze życie prywatne”. Ciężko ukryć, że jest teraz wokół nich trochę zamieszania. 
H.S.: Jak znam Olivera, musiała pani tę wypowiedź ocenzurować. Ale nie może pani powiedzieć, że ciężko się im dziwić. Stracili rodziców w młodym wieku, cudem trafili na kobietę, która ich później wychowała i pozwoliła zapomnieć o tym, co było. Oczywiście, że nie chcą do tego wracać. W ich świecie ich demony to ich problem.
E.B.: Musi pan bardzo lubić tę ich wspólną ksywkę: „chłopcy znikąd”. Ale co ciekawsze, oni naprawdę wydają się być znikąd. Nigdzie nie ma wzmianki o kimś takim jak Oliver czy Arthur Wheit.

James przestaje czytać i marszczy brwi. Przypadki nie istnieją. Czemu dwukrotnie, w bardzo krótkim czasie, trafił na mugoli, którzy nawet dla innych mugoli wydają się dziwni?
Nie może się dłużej nad tym faktem zastanowić, bo na ulicy coś niespodziewanie wybucha. Nawet nie wygląda przez okno na ulicę – wiedziony aurorskim odruchem chwyta różdżkę i wybiega na zewnątrz. Na ulicy leży płonący samochód, który z jakiegoś dziwnego powodu nie stoi na kołach, a na dachu. To pewnie silnik wybuchł, ale pierwszą myślę Jamesa jest „czemu nie było odgłosu wypadku?”.
Przed samochodem stoi mężczyzna. Kaszle i otrzepuje się z kurzu. Z jakiegoś powodu wydaje się dziwnie spokojny, chociaż stoi obok płonącego auta. James odciąga go zdecydowanie od miejsca wypadku, zakładając, że mężczyzna jest w szoku.
Mugole wychodzą z domów zaniepokojeni. Gdzieś w oddali słychać syreny policyjne i James ma się już odwrócić do poszkodowanego, zapytać go, co się stało i czy nie potrzebuje pomocy, gdy okazuje się, że mężczyzny wcale obok niego nie ma. Zauważa za to cień sylwetki, która znika w głębi jego domu.
Bez chwili wahania wbiega do domu i napotyka w środku mężczyznę, który zdejmuje kurtkę i rzuca ją na kanapę, a później rozsadza się w jednym z foteli. Z uczuciem niepokoju rozpoznaje w mężczyźnie Olivera Wheita.

3 komentarze:

  1. Syriusz nie żyje?! Cała rodzina Blacków, nie wierzę! Po tylu miesiącach Bezruchu zastanawiam się skąd taka zmiana. Tęsknię za nimi!
    Remus! Zawsze taki dobry, życzliwy i świadomy ludzkich wad i lęków <3
    Kochana cioteczka Bella.
    Kiedy pierwszy raz wspominałaś o braciach Wheit wiedziałam, że na pewno nomen omen odegrają jakąś ważniejszą rolę, ale powiązania ze światem magicznym? Interesssujące...
    Nie skomentowałam ostatniego rozdziału bo chciałam sprawdzić czy są tu jeszcze inni czytelnicy, którzy może się wstydzą pisać albo coś, i może ktoś wpadnie na to, że wypadałoby zostawić ślad po sobie choćby z szacunku do autorki, ale chyba się przeliczyłam.. Niezależnie od tego pozdrawiam cię bardzo serdecznie i czekam jak na szpilkach na kolejną dawkę i tego co wyniknie z aurorskiej paranoi Jamesa
    ~Mała Mi

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Och, ale to niema nic wspólnego z Bezruchem! Wcale nie się nie przejedli, czy coś. Po prostu ten wątek wywarła fabuła, to wszystko.
      Już się przyzwyczaiłam, że ludzie często piszą mi, że „o, czytam Twojego bloga!”, ale nie komentują, bo nikomu się nie chce (mi też nie zawsze się chce), więc nawet się bardzo nie denerwuje.
      Kolejny rozdział jest gotowy i czeka na termin ;) Między 15 a 28 będzie czwóreczka (bliżej 15 niż 28, spokojnie).

      Pozdrawiam, Niah.

      Usuń
  2. Pal licho, że James ma żonę. Shippuję mocno. <3
    — Mój wczorajszy uścisk cię urzekł, co? — Stara się żartować i nawet mu się udaje, ponieważ Arthur Wheit unosi kącik ust w uśmiechu.
    — Owszem, ale powinieneś mnie najpierw zabrać na kawę, nim wprosiłeś się do mojego domu.

    OdpowiedzUsuń