2 sty 2017

Jak zabiłam moją współlokatorkę, bo robiła pranie o pierwszej w nocy, i znalazłam miłość

NICK AUTORA ŻYCZENIA: Aratanooniel
TREŚĆ ŻYCZENIA: Tekst własny – „Jak zabiłam moją współlokatorkę, bo robiła pranie o pierwszej w nocy, i znalazłam miłość”. Historia młodej dziewczyny, która właśnie zaczyna pracę w korporacji. Za babcię/mamę wmawiającą jej staropanieństwo dodatkowe uściski dla Mikołaja!
FANDOM: tekst własny
LICZBA SŁÓW: 6598
TYTUŁ TEKSTU: Jak zabiłam moją współlokatorkę, bo robiła pranie o pierwszej w nocy, i znalazłam miłość
INFORMACJE DODATKOWE: uwaga na stereotypy! A beta będzie podana po nowym roku.
BETOWAŁY: niesamowita max i jej anielska cierpliwość do mnie i Żanety oraz nieoceniona Katja, która przebiegła przez tekst niczym błyskawica.

Żaneta od zawsze była optymistką, więc, jak każdy optymista, musiała kiedyś dostać po dupie. Gdyby to był niewinny klaps od przystojnego Włocha, który dopiero co wyszedł z basenu i w seksowny sposób ociekał wodą, nie miałaby nic przeciwko, może by się nawet zaśmiała niczym głupia małolata i spłonęła rumieńcem, ale nie. To życie, pod postacią Jacka Rostockiego, zdzieliło ją w pośladki nie dłonią, a kijem bejsbolowym tak mocno, że zobaczyła gwiazdy przez sufit jej malutkiej stancji.
No może ten Jacek to była przesada, facet miał całe prawo do niej wydzwaniać po raz szesnasty od dwudziestu minut – bo w końcu tyle była spóźniona – i aż dziw brał, że jeszcze nie dostała smsa z informacją, że jest zwolniona z tego niewdzięcznego, bezpłatnego stażu, którego miała po dziurki w nosie. Żaneta, w normalnej sytuacji, w której niczyje zwłoki nie leżały na podłodze w kuchni, czym prędzej odebrałaby swojego badziewnego Szajsunga i zaczęłaby się tłumaczyć ze spóźnienia, jednak martwa Jolka, która dalej nie zdecydowała się odmartwić, nie napawała jej chęcią, by poczynić jakiekolwiek kroki w stronę zatrzymania stażu. Wręcz przeciwnie, Żaneta nieumiejętnie odpaliła papierosa, by chwilę później udawać, że wie, jak się pali.
Nigdy nie życzyła Joli śmierci, ale suce się należało, psia mać. Żaneta nie miała tylko pewności, który sąd miałby ją z tego uniewinnić. Żywiła jednak głęboką nadzieję, że nim dopali jagodowego Lucky Strike’a, ciało Jolki zniknie sprzed jej oczu wraz ze wszystkimi problemami.
— Tylko wariat pierze stringi o pierwszej nad ranem — powiedziała do siebie. — I mam na imię Barbara, do jasnej cholery.
Ale w tej historii zostanie zapamiętana jako Żaneta. To w końcu takie zacne imię.
— Nie jestem przekonana, czy to dobry pomysł, kochanie. To wcale nie tak daleko, mogłabyś dojeżdżać samochodem, tata na pewno znalazłby dla ciebie jakieś Twingo czy inne Clio. Byłabyś wtedy blisko nas, gdyby coś się stało. Przecież w takim dużym mieście dzieje się mnóstwo niepokojących rzeczy, nie to co tutaj. I babci byłoby raźniej.
— Ty się, Grażynka, o mnie nie martw. Ja przeżyłam stan wojenny. Coś takiego jak wyjazd Basi nie wpędzi mnie do grobu. Ja jeszcze zobaczę moje prawnuki i wtedy będę mogła odejść. Nie pozbędziecie się mnie ani dnia wcześniej, Grażynka, ani dnia!
— Mamo, wcale nie chcemy się ciebie…
— I niech Basia jedzie, niech znajdzie jakiegoś kawalera – porządnego! Nie to co ten Romek od Zuchów – i niech dzieci robi. Młoda już nie jest, jeszcze chwila, a nikt jej nie będzie chciał.
— Niech mama takich rzeczy nie mówi! Basia słucha.
— Mówię ci, Grażynka, że tak będzie! Ja w jej wieku to już trójkę dzieci miałam, Józek stałą pracę, dobrą, bo u stolarza. Nie w głowie nam były jakieś staże, ale jeżeli to sprawi, że wyjdzie z domu, to niech i na ten staż idzie, chłopa sobie znajdzie. Dobrze zarabiającego. Mówię ci, Grażynka, to nie jest zły pomysł. Dzieci z tego będą.
Żaneta, będąca jeszcze Basią, słuchała wymiany zdań między mamą a babcią Aldoną bez okazywania żadnych emocji. Nie żeby cała konwersacja ją poruszyła lub nastawiła jej jajniki na tryb reprodukcji. Ot, Basia była przyzwyczajona, że mówi się o niej tak, jakby jej nie było, i wydaje się rozkazy tak, jakby nie potrafiła podejmować samodzielnych decyzji. 
Może i nie potrafiła, bo kto tak naprawdę miałby tyle oleju w głowie pchać się na bezpłatny staż do korporacji, która może i znana była ze świetnych spotów reklamowych i innowacyjnych pomysłów, ale po kątach mówiło się o fatalnym traktowaniu pracowników, wyzysku i wręcz niewolniczej pracy. Może Basia faktycznie powinna przystać na propozycję Romka Zucha, wyjść za niego, urodzić mu trójkę dzieci i do końca życia nie opuścić rodzinnej wsi?
— Wynajmę stancję, mamo. Zwykły pokój mi wystarczy, a do was będę wracała na weekendy.
— A po co będziesz wracać? Chłopa szukaj! Nie wracaj do domu z pustymi rękami.
Coś w głosie babci kazało Basi wziąć sobie do serca jej słowa, szczególnie fragment z niewracaniem. Ale czemu się dziwić, babcia była głową i szyją tej rodziny, bez względu na to, czy chodziło o nią i dziadka Józka, czy o rodzinę jej syna, a nawet nieistniejącą rodzinę Basi. Babcia urodziła się po to, by rządzić, i nikt nie był w stanie wmówić jej, że może być inaczej. 
— W takim razie będę was odwiedzać co drugi weekend. A może co miesiąc. Nie martw się, mamo, wszystko będzie dobrze. Staż trwa trzy miesiące, znajdę sobie jakąś pracę na boku, by was trochę odciążyć, a jak poprawnie wypadnę, to może zostanę tam z umową na czas nieokreślony?
Wizja ta była więcej niż piękna, ale zawsze musiał się znaleźć ktoś, kto by ją zniszczył. Traf chciał, że był to Janek, jej brat.
— Dostaniesz stanowisko młodszego nalewacza kawy, ale jak się naprawdę wykażesz, to może będziesz zamawiać ciasto dla prezesa!
Zrzuciła jego rękę ze swojego ramienia i posłała tej małej hybrydzie mastifa z buldogiem angielskim najbardziej zajadłe spojrzenie, na jakie było ją stać. Janek, przerażony groźbą widoczną na jej twarzy, roześmiał się i wrócił do rozrabiania swojej odżywki na mięśnie. Basia coraz bardziej zaczynała wierzyć, że ów specyfik nie tylko napompowywał zwiotczałe mięśnie zawodowych graczy w Counter Strike’a, ale również zmniejszał objętość mózgu, czego Janek był idealnym przykładem. 
Nie prowadziła z nim jednak wymiany zdań na temat korporacyjnej kawy i ciasta, i to nie dlatego, że po części sama spodziewała się, że tak się może to na początku odbywać. Trzeba było być dobrej myśli.
Wyjazd był stresujący, ale Basia by się nigdy nie przyznała do tego, że coś może ją przerastać, szczególnie gdy chodziło o dzielenie mieszkania z kimś, kogo miała spotkać poraz pierwszy w życiu. Sytuacji nie poprawiał fakt, że mieszkanie, wynajęte naprawdę po taniości, znajdowało się w tak parszywej dzielnicy, że nim Basia wytelepała się z komunikacji miejskiej i dotarła do mieszkania, minęła trzy stereotypowe rodziny z programu pięćset plus, które raczyły się wódką, wyglądając z bram. Basia parła przed siebie niczym czołg, obładowana nie gorzej niż podrzędna romska rodzina i nie zamierzała ustąpić na chodniku nikomu, więc ludzie podświadomie schodzili jej z drogi. 
Z gracją, której nie powstydziłby się żaden szanujący się koczkodan, wdrapała się na czwarte piętro i zapukała grzecznie. Dopiero po chwili zdała sobie sprawę, jak głupie jest pukanie do własnego mieszkania, nim jednak skorygowała ten błąd, drzwi otworzyły się zamaszyście, a w nich stanęła typowa Dagmara, żując gumę. Zmierzyła ją od góry do dołu spojrzeniem zawodowego znawcy współlokatorów i zrobiła popisowego balona, dając Basi możliwość odezwania się.
— Dzień dobry, nazywam się Barbara Gruszecka i od dzisiaj wynajmuję jeden z pokoi w tym mieszkaniu. 
— No spoko. Wchodź, Żaneta. Barbara jest nudne, będziesz Żanetą. Twój jest tamten po prawej, mój naprzeciw wejścia. Łazienka, kuchnia, pralka niestety w przedpokoju, ale działa. Możesz sobie wziąć tamtą szafkę pod oknem w kuchni, ja tam trzymam tylko globulki, bo już nie było gdzie ich wcisnąć. A, no i Jolka jestem, Jolka Krzyżanowska. Jakbyś miała jakieś problemy, nie przychodź z nimi do mnie. Dzwoń do Karola, o tutaj, na tablicy masz jego numer. Spłuczka w toalecie się czasem psuje, to już stara dziura, ale to dobrze, bo Karol pewnie by sobie z niczym innym nie poradził. Jakbyś chciała sobie zorganizować jakąś imprezę, to się nie krępuj, mnie i tak wieczorami nie ma, ale z rana ma być cisza jak makiem zasiał, bo zamorduję.
Basia, dalej skołowana i czująca się bardzo nie na miejscu, o mało nie weszła na Jolę, gdy ta się niespodziewanie zatrzymała. Zmierzyły się wzrokiem, jakby oceniały siebie nawzajem, a raczej to Basia była oceniana. Sama nigdy nie była dobra w rozgryzaniu innych. 
— Jakieś pytania?
— Mogę jednak zostać Barbarą? 
— Nie.
I to powiedziawszy, Jolka zawinęła się do swojego pokoju i tyle Basia ją widziała.
Co nie było takie złe – mogła na spokojnie się rozpakować, zapoznać z mieszkaniem, subtelnie poprzesuwać rzeczy Joli i zrobić miejsce dla własnych, a na samym końcu zamknąć się w swoim pokoju i odetchnąć. 
Przeżyła. A to już było coś.
Z dobre piętnaście minut zajęło jej zmuszenie swojego starego Lenovo, by chciało się połączyć z hotspotem z Szajsunga, a gdy już się udało, kolejne dziesięć minut szukała ładowarki po wszystkich torbach, by jej telefon nie wyzionął ducha. Gdy utarczki z elektroniką można było uznać za zakończone, Basia odpaliła pocztę i po raz tysięczny otworzyła maila od swojego pracodawcy, by się nim trochę ponapawać. 
Tak spełniało się marzenia, gdy po czterech ciężkich latach w liceum plastycznym i pięciu kolejnych, spędzonych głównie na zmaganiu się z wykładowcami i z panią z dziekanatu, Basia miała rozpocząć staż w firmie reklamowej, otoczona samymi artystami, którzy ją rozumieli i odbierali świat w podobny sposób. 
Ale zanim miała się nacieszyć czymkolwiek, trzeba było sobie znaleźć pracę w Empiku czy innej sieciówce z elastycznymi godzinami pracy.
Basia nigdy by nie powiedziała, że dostanie pracy w głupim kinie czy KFC może być tak trudne, ale tłumaczyła sobie całą sytuację tym, że dopiero skończyła studia, nigdy nie pracowała i może za szybko oczekiwała odpowiedzi, niż po trzech dniach. Była troszeczkę niecierpliwa, nie dało się tego ukryć, ale walczyła z tym! 
W czasie wolnym od namiętnego odświeżania poczty i przeglądania zdjęć z miesiąca miodowego Dorotki próbowała sobie skomponować odpowiedni strój do pracy, który nie byłby ani zbyt oficjalny, ani zbyt luźny. Stanęła przed lustrem w prostej, kremowej sukience, ni to poważnej, ni to nie wiadomo jakiej, i westchnęła głośno. Może się nada, pocieszyła siebie w myślach, pocierając nogę o nogę, i wróciła do komputera. Och, jak ona zazdrościła Dorotce tego, że udało jej się znaleźć kogoś, kto powiedział dla niej sakramentalne „tak”. Kto w ogóle zdecydował się wyznać swoje uczucia publiczne i zabrał jej koleżankę do… właściwie nie pamiętała gdzie, ale było to poza granicami Polski.
Owładnięta chandrą chwyciła za telefon i wyszukała Romka w ostatnio wybieranych, jednak jej palec zatrzymał się nad jego imieniem. Z irytacją odłożyła z powrotem telefon, zła, że naszło ją na jakąkolwiek chwilę słabości, a gdy i to nie pomogło odpędzić jej myśli od byłego chłopaka, wyłączyła z premedytacją Fejsbuka, by skupić się na głupich filmach z kotami. 
Tak jej w sumie minął cały weekend, a odpowiedzi na żadną z jej aplikacji jak nie było, tak nie ma.
W poniedziałek wstała jeszcze zanim słońce wstało, a Jola wróciła stamtąd, gdzie wybierała się codziennie o dwudziestej drugiej. Basia cicho podejrzewała, że Jolka gdzieś pokątnie sprzedaje swoje wdzięki bogatym, obleśnym biznesmenom, ale kobieta nigdy nie wróciła ani potargana, ani też nie wyszła ubrana jak typowa pani lekkich obyczajów. Nie śmierdziało też od niej ani alkoholem, ani papierosami. Co więcej, Jola nawet nie posiadała białych kozaków.
Basia spędziła godzinę w kuchni, pijąc rozpuszczalną kawę w kubeczku ze Snoopym, który przywiozła z domu. To miał być jej wielki dzień, musiała być silna. Z drugiej strony czuła, że jej okropna, aspołeczna część osobowości zaraz da o sobie znać, zaczną jej się pocić ręce, głos jąkać i niewiele będzie brakowało, by się wzięła i rozpłakała na środku pomieszczenia. 
Czasami nienawidziła swojego introwertyzmu bardziej niż cukierków marcepanowych.
O wpół do ósmej stała gotowa przed lustrem w łazience i próbowała ogarnąć nieposkromioną burzę loków na swojej głowie. Zazwyczaj udawało jej się to bez większego problemu, w końcu żyła z nimi od małego, ale dzisiaj był widocznie dzień złych włosów, więc pozwoliła im pozostać wolnymi. Gorzej już wyglądać nie będą.
— Żanetka, jesteś jeszcze?
Jola wróciła nie wiadomo skąd, ale była w wyjątkowo dobrym humorze, co Basia rozpoznała po jej głosie. Wyjątkowo pseudonim bardzo ją zdenerwował. To miał być wielki dzień, wielki dla Barbary, nie dla jakiejś tam Żanetki, którą wymyśliła sobie Jolka w przypływie nie wiadomo czego. Widać jej mózg już przestał się bronić przed najtańszą czarną farbą, którą był regularnie atakowany, i wyciekł przez nos lub uszy. Basia wyszła w bojowym nastroju z łazienki i stanęła przed Jolą.
— Och, świetnie. Słuchaj, jak będziesz wracać, kupisz mi podpaski z Belli? Byłam dopiero w sklepie i na śmierć zapomniałam, a jestem wykończona i nie chce mi się wracać. Ty o dwunastej kończysz czy jakoś wcześniej, nie? Żaneta?
— Nie nazywam się Żaneta i nie będę kupować ci niczego, co się wiążę z twoją… brzoskwinką! A teraz przepraszam, bo jestem już spóźniona, a to jest MÓJ wielki dzień.
Przepchnęła się niezgrabnie obok Joli i chwyciła torebkę, którą zostawiła sobie na szafce na buty. Że też jej współlokatorka miała tupet tak się wobec niej zachowywać! Basia nie zamierzała jej niczego kupować, nawet jeżeli Jolka miałaby się okazać umierająca i te podpaski czy inne tampony mogłyby jej uratować życie.
Zanim dobrze trzasnęła drzwiami, dając wyraz swojej frustracji, Jola odpowiedziała:
— Te botki skracają ci nogi!
Basia aż krzyknęła ze złości.
W drodze do pracy trochę ochłonęła za sprawą pączka z lukrem, którego wręcz połknęła i popiła zabarwioną wodą, którą ktoś śmiał nazwać kawą. Usilnie chciała o Joli nie myśleć, ale nagle wszystko ją przypominało. Każda wysoka licealistka, każda kobieta w turkusowej kurtce, nawet ten czarny pekińczyk wyglądał jak ona!
Do gmachu korporacji weszła niczym burza, a część z pracowników schodziła jej podświadomie z drogi, zbyt przerażona, by stanąć z Basią twarzą w twarz. Według wytycznych miała udać się na trzecie piętro, do pokoju sześćdziesiąt dwa, i czekać tam na opiekuna, więc wpadła z impetem do pustej windy i pierwszy raz w swoim życiu nacisnęła przycisk do zamykania drzwi. 
Napawałaby się ciszą, gdyby nie durna pioseneczka, która wwiercała się w umysł i wręcz krzyczała „nuć mnie!”. Basia, używając ostatków swojego opanowania, zdusiła chęć zniszczenia głośniczków w windzie i gdy zabrzmiało uprzejme „piętro trzecie”, czym prędzej wyszła na korytarz. Drogę znalazła bez trudu, problem pojawił się już z samym pokojem. 
Był pusty. Widziała to idealnie przez przeszkloną ścianę. Przyszło jej też do głowy, że to niesamowicie mało prywatne miejsce, skoro każdy może cię oglądać w drodze do toalety czy aneksu kuchennego. 
Przestąpiła z nogi na nogę, poddenerwowana. Wejść, nie wejść? Miała się udać niby do pokoju sześćdziesiąt dwa, ale nikt jej nie powiedział, że będzie pusty. Nieładnie było pogwałcać czyjąś, już i tak wątpliwą, prywatność. A co, jeżeli ochrona uzna ją za złodzieja, ponieważ wejdzie tam sama? Nie, zostanie tutaj i będzie czekać. 
Gdyby jej ktoś wcześniej powiedział, że Jacek Rostocki spóźni się godzinę i dziesięć minut, Basia bez chwili wahania weszłaby do jego gabinetu, usiadła na fotelu droższym niż cały jej dzisiejszy outfit, założyła nogi na biurko i oczekiwała go z reprymendą wypisaną na twarzy. I z kawą w ręce. A tak stała jak sierota przed drzwiami, odprowadzana pytającymi spojrzeniami przechodzących pracowników. Wpatrywała się uporczywie w noski swoich butów, by zdusić rosnący w niej gniew. Głupia korporacja, głupi staż i głupi Jacek. A najgłupsza była z tego wszystkiego Jola!
— Pani Gruszecka? Dalej pani czeka? Przepraszam, były okropne korki.
Korki-srorki, pomyślała, jest dziewiąta. Największe korki są przed ósmą!
Basia bez słowa weszła do gabinetu za swoim przełożonym i usiadła naprzeciw niego, tyłem do szklanych drzwi. Przynajmniej tyle, nie będzie musiała patrzeć na przechodzących ludzi.
— Proszę dać mi chwilę, zaraz znajdę panią w bazie danych — powiedział Jacek oficjalnym tonem i siorbnął spory łyk kawy ze Starbucksa.
Za jego plecami widniało lustro, które miało nadawać pomieszczeniu nowoczesnego wyglądu lub kto wie, czego jeszcze. Basia wpatrywała się w nie z ponurą miną, widząc w odbiciu całego walla z Facebooka swojego pracodawcy oraz czat, na którym właśnie pisał. Tekst był jednak zbyt mały, by mogła go rozczytać, ale różowe serduszka okazały się dość jednoznaczne.
Jakby ten dzień nie mógł się zacząć gorzej. 
— Mam. Pani staż będzie trwał trzy miesiące. Od dwunastego września do dwunastego grudnia. Jak ustaliliśmy to wcześniej, staż będzie bezpłatny i będzie miała pani czterogodzinne zmiany od poniedziałku do piątku. Tak? — Basia kiwnęła sztywno głową. Jacek wyglądał na trochę zbitego z tropu. — Do pani obowiązków będzie należało codziennie zabieranie dokumentów z tego biurka — położył rękę na stercie teczek, która leżała na rogu — i roznoszenie ich do odpowiednich osób. Będzie pani też przygotowywała dla nich kawę i pytała, czy niczego im nie potrzeba. To nasi główni graficy i ważne jest, by byli jak najbardziej zadowoleni. Rozumie to pani, pani Gruszecka?
Nic, o czym mówił Jacek, nie było dla Basi odkrywcze, w końcu wszystko zostało wcześniej zawarte w mailu (no, może poza tą kawą), więc słuchała go tylko połowicznie, skupiając się na opanowaniu gniewu, co wychodziło jej średnio, ponieważ gdy nie myślała o Joli, myślała o Jacku, a jak nie o Jacku i pracy, to o Joli i Żanecie. 
— Pani Gruszecka?
Cholerna Żaneta!
Pech chciał, że z tego wszystkiego ostatnie słowo powiedziała na głos.
— Żaneta? — Jacek uniósł brwi. — Ach, woli być pani nazywana Żanetą? Rozumiem, rozumiem. To taka ksywka. Ja też taką mam — pochwalił się. — Ale ludzie raczej nazywają mnie Setarinem. Wie pani, gram w RPG-i.
Basia patrzyła na niego spokojnie, ale wewnątrz drżała z przerażenia. Co ona najlepszego zrobiła? Jaka Żaneta, jaka ksywka, jaki Setarin? I co to były RPG-i!?
Setarin, znany niektórym jako Jacek Rostocki, oprowadził ją po całym budynku przedstawiając nowym osobom i zwracając uwagę na tych, którym Żaneta miała przynosić kawę, i co ważniejsze, jaka ta kawa miała być.
Żaneta. Każdy ją tak nazywał, od kiedy Jacek rozpaplał na cały budynek, że Basia ma ksywkę. I nagle te ksywki wysypały się jak z worka, gdy wszyscy dookoła zaczęli się przedstawiać w dwojaki sposób, a ona nie nadążała tego zapamiętywać. Czasami nie wiedziała nawet, jak wymówić dane słowo, więc w okolicach siódmej osoby już dała sobie spokój z zapamiętywaniem czegokolwiek. W końcu samo jej wejdzie do głowy, prędzej czy później.
Stała właśnie przed ekspresem do kawy, zastanawiając się, jak dodać podwójną porcję mleka i który guzik za to odpowiada, gdy ktoś położył jej rękę na ramieniu. Odwróciła się i z wrażenia otworzyła usta, bo oto objawił jej się Jezus, ubrany w bluzę boho i z czapką smerfetką naciągniętą niedbale na długie włosy. Żaneta była bardzo religijna, pojawienie się samego Chrystusa uznała za znak, więc elokwentnie milczała.
— Potrzebujesz pomocy? — Wchodząc na wyżyny swoich zdolności erudycji, potaknęła głową. — Tutaj wchodzisz w ustawienia, jeżeli potrzebujesz niestandardowych ustawień, klikasz w te kropeczki i ustawiasz ręcznie, czego potrzebujesz. Jaka to miała być kawa?
— Latte z podwójnym mlekiem.
— Więc wybierasz mleko razy dwa, tutaj zatwierdzasz i czekasz.
Żaneta obserwowała, jak Jezus z łatwością ustawia tryb w ekspresie, jakby robił to już po tysiąckroć. Bił od niego taki wewnętrzny spokój, którym człowiek chciał się otoczyć niczym kocem i zalec na łóżku z książką w ręku. Był spełnieniem wszystkich jej marzeń, chociaż nawet go nie znała, ale wiedziała, że gdy pozna się tego jedynego, odpowiedniego faceta, to się po prostu czuje. Babcia w końcu tak mówiła.
— Basia Gruszecka — przedstawiła się, przerywając ponurą ciszę przerywaną jedynie stękaniami ekspresu.
— Wiem. Żaneta. Krystian Papież. 
Już pomijając tę Żanetę, on naprawdę musiał być synem samego Boga! To imię, to nazwisko! To musiało być przeznaczenie. Pan zesłał jej Jezusa, by wyciągnąć ją z niedoli singielstwa i otworzyć bramy szczęśliwego życia u boku niesamowitego mężczyzny. By mogła zostać Żanetą, synową Wszechmogącego. 
— Dziękuję za pomoc, Je… Krystianie. — W ostatniej chwili się powstrzymała, ale nie uszło to płazem.
— Możesz mówić na mnie Jezus, jeżeli chcesz. Połowa ludzi tutaj to robi.
— I nie przeszkadza ci to?
— Nie. Każdy ma jakąś ksywkę w końcu.
I mówiąc to, zostawił Żanetę i kawę same.
Była zakochana, a to uczucie sprawiało, że żadna nagana, żadne obelgi pod adresem jej i siódmego pokolenia wstecz, żadne „ta kawa jest za słodka!” nie mogły zniszczyć tego dnia. A był doprawdy okropny, ponieważ trafiła do korporacji w momencie, w którym padła połowa serwerów, a razem z nimi zapisane dane. Znaczy, informatycy próbowali jeszcze jakoś reanimować cały sprzęt, by spoty reklamowe nie poszły w niepamięć, ale sądząc po ich minach, niewiele mogli zdziałać. Pół zarządu chodziło z takimi minami, jakby chcieli zamordować wszystkich tych, którzy się za szeroko uśmiechają, więc Żaneta przezornie chowała się przed nimi ze swoim zauroczeniem i ogólną euforią.
Wypuszczono ją wcześniej, tak jak większość pracowników, i zaplanowała nawet ambitny plan, by wyjść z Jezusem na miasto i spróbować go lepiej poznać, ale miał coś ważnego do załatwienia. Wróciła do domu tak szczęśliwa, że mało nie zabiła się o Conversy Joli, ale nawet one nie zepsuły jej dobrego humoru.
Zamknęła się w swoim pokoju i pełna podniecenia zadzwoniła do babci.
— Czego chceta, zmęczona jestem.
— Cześć, babciu, tutaj Basia.
— Basieńka, żyjesz. Dobrze, bo mówię ci, Grażynka to od zmysłów odchodzi, bo nie dzwonisz. I dobrze, nie dzwoń, trzeba odciąć tę pępowinę, póki jest czas!
— Babciu, miłość znalazłam — wyznała.
Po drugiej stronie usłyszała tylko głośne wciągnięcie powietrza, a później potężny krzyk:
— JÓZEK! Baśka sobie chłopa znalazła! Prawnuki będą!
— Tobie to umierać, a nie o prawnukach myśleć! — odpowiedział dziadek.
Po krótkiej kłótni między dziadkiem a babcią, której Żaneta milcząco towarzyszyła po drugiej stronie słuchawki, okazało się, że babcia jak najbardziej popiera jej wybór i zaprosiła ich nawet razem na obiad. Ciężko było przedstawić rodzinie kogoś, kto nawet nie wiedział o planach Żanety, ale do jej najbliższego zjazdu do domu zostało jeszcze kilka tygodni, więc miała czas na podjęcie jakichkolwiek działań. 
Rzuciła się na poduszkę i wciągnęła głęboko powietrze nosem, upajając się wizją życia spędzonego u boku Jezusa. A raczej upajałaby się, gdyby coś jej podejrzanie w pokoju nie zaśmierdziało. Zerwała się przerażona, że czegoś nie wyrzuciła czy nie umyła na czas i przeczesała najbliższą okolicę łóżka. Na półeczce nic nie było, w szafkach również, a pod wersalką znalazła tylko samotną skarpetkę, którą zgubiła w zeszłym tygodniu. Ale dalej śmierdziało. W akcie desperacji przetrząsnęła łóżko, a gdy uniosła poduszkę, krzyknęła z przerażenia.
— JOLKA!
Żanetka była na ogół dość spokojna, ale nigdy, przenigdy, nie pomyślałaby, że jej współlokatorka, w zemście za niekupienie jej podpasek, przyklei jej jedną do poduszki. Zużytą!
Za pomocą tysiąca chusteczek i rękawiczek jednorazowych, których używała do sprzątania przy użyciu detergentów, zdjęła podpaskę z poduszki i wyrzuciła do kosza. Później pozbyła się całej pościeli, wrzucając ją na długie, prawie dwugodzinne pranie, by mieć pewność, że będzie czysta. Na sam koniec wyrzuciła rękawiczki i trzy razy umyła dokładnie ręce, z czego raz płynem do higieny intymnej. 
Czerwona z gniewu podeszła do drzwi Joli i zadudniła w nie ręką. Jola, faktycznie, otworzyła i rzuciła w nią kolejnym niechcianym pakunkiem. Żaneta, odkrywając w sobie refleks, którego nigdy nie miała, uniknęła ataku, ale z winowajczynią nie udało jej się porozmawiać, bo ta zatrzasnęła drzwi z hukiem. 
Żaneta miała zignorować kolejną podpaskę walającą się obecnie obok pralki, ale obrzydzenie brało ją na samą myśl, że ona może tutaj faktycznie zostać, ponieważ Jola jej nie wyniesie, więc poszła po kolejną parę rękawiczek. Podnosząc paczuszkę z podłogi, spojrzała z nienawiścią w oczach na drzwi.
— To się powinno leczyć!
Mimo dobrych początkowych rokowań, Żanetce nie udało się w ciągu najbliższych kilku dni porozmawiać z Jezusem sam na sam. Zawsze był zajęty pracą lub ustawiały się do niego kolejki przerażonych praktykantów od programów 3D, którzy znowu wysadzili projekty w powietrze. Patrzyła na niego znad tacy z kawą i wzdychała po cichutku do jego brązowych fal otaczających podłużną twarz i brody, która dodawała powagi. Był idealny w każdym calu, a ona mogła go podziwiać tylko z daleka.
Zrezygnowana ruszyła przed siebie, by roznieść poszczególne zamówienia, gdy poczuła, że jej telefon wibruje w tylnej kieszeni spodni. Oparła sobie tacę o biodro i sprawdziła wyświetlacz. Jacek do niej dzwonił, a to nie oznaczało niczego dobrego. 
— Czemu Twardowska nie dostała dokumentów?! Miały leżeć na jej biurku z rana, a ona twierdzi, że od pół godziny nie może ich znaleźć!
Żaneta zrobiła krótki rachunek sumienia w myślach, ale według niej teczka z wytycznymi dla Elizy Twardowskiej powinna leżeć i czekać na właścicielkę już od prawie dwóch godzin.
— Setarin, zostawiłam je na biurku, jestem tego pewna. Właśnie zrobiłam dla Elizy kawę. Pójdę i sprawdzę, czy są.
— Lepiej, by były, bo mamy opóźnienie!
Gdyby żyli w czasach starych telefonów z tarczą do wykręcania numerów, Jacek na pewno rzuciłby słuchawką z nerwów. Może lepiej, że mieli epokę smartfonów i szkoda było zniszczyć IPhona siódemkę, zanim człowiek się nim dobrze nacieszył. 
Żaneta wzięła tacę oburącz i prędko podreptała do biura Elizy. Twardowska stała pośrodku pomieszczenia z miną zawodowego mordercy i próbowała wcisnąć do środka ekran telefonu, a przynajmniej tak to wyglądało, gdy mocno stukała o niego palcami.
— Przepraszam? Przysłał mnie Jacek Rostocki, podobno nie znalazła pani dokumentów. 
— Bo ich tutaj nie ma! Widzisz cokolwiek, co wygląda jak cholerne dokumenty!?
Z nich dwóch tylko Żaneta dalej była opanowana. Obrzucając szybkim spojrzeniem biurko Elizy, zdecydowała się postawić tacę z kawą na podłodze. Zaczęła przeszukiwać teczki piętrzące się na stosie w poszukiwaniu tej odpowiedniej, gdyż była pewna, że ją tutaj rano zostawiła. Za to Eliza w najlepsze ubliżała jej pod nosem i nie zanosiło się, by zebrała się na odrobinę taktu.
— Zapomniałaś! To twoja wina, ale wiesz, kto będzie odpowiadał przed Nissanem za to? Ja! Bo to ja nie oddam im tej reklamy na czas, ponieważ byłaś zajęta czymś innym niż pracą. Co, masz lepsze rzeczy do roboty? Jakiegoś faceta, hobby? Jakie jest twoje wytłumaczenie, że tutaj nie ma tych dokumentów!?
Żaneta w myślach odtworzyła scenę z poranka, gdy weszła tutaj pełna energii i położyła szarą teczkę na biurku. Położyła ją nawet dalej, w obawie, by nie spadła na ziemię, ponieważ Eliza była znana z tego, że robiła wokół siebie ogromny harmider od razu po wejściu. To chyba Żanetę otrzeźwiło na tyle, że zdecydowała się zajrzeć za mebel i po chwilowej ginastyce wyciągnąć zza niego teczkę. 
— Musiała ją pani strącić i nie zauważyć.
Eliza wyglądała tak, jakby Żaneta uderzyła ją w twarz. Mentalnie tak było, ponieważ kobiecie w życiu nie przyszłoby do głowy, by zajrzeć za biurko. Łatwiej w końcu wyzywać innych i się na nich wyżywać. 
Wyrwała Żanetce teczkę z rąk.
— Następnym razem połóż mi je na klawiaturze.
Następnym razem przykleję ci je do czoła, ty małpo, pomyślała Żaneta i wyszła. Miała nadzieję, że kawa Elizy już dawno wystygła.
Zamknęła się w jednej z kabin toaletowych i zaczęła płakać ze smutku, że musiała przejść przez to spotkanie. Naprawdę zależało jej na tym stażu, ale nie chciała być traktowana jako „przynieś, podaj, pozamiataj” i do tego osobę do bicia, gdy sytuacja tego wymagała. Ani Eliza, ani Jacek nie podziękowali za jej pracę, tylko oboje się na niej wyżyli. Żaneta czuła się potwornie i była pewna, że tak samo wygląda.
Przesiedziała tak chyba piętnaście minut, smarkając nosem i non stop przecierając oczy, nim zdecydowała się wyjść. W lustrze powitała ją napuchnięta, zaczerwieniona kobieta, która przegrała życie i postanowiła nigdy więcej nie opuszczać swojego pokoju. Taką kobietą chciała być Żaneta w tym momencie.
Zimna woda niewiele jej pomogła, i tak każdy z daleka mógł zobaczyć, że płakała, ale przynajmniej pomogła jej się trochę odświeżyć i zmyć słone łzy z policzków. Makijaż też zmyła, bo poza tuszem do rzęs Żaneta niewiele więcej używała. Wracając do swojego cichutkiego aneksu kuchennego, celowo zwolniła przy biurze Jezusa, by przynajmniej ukradkiem mu się poprzyglądać. Serce zabiło jej szybciej, gdy zobaczyła przez szklane drzwi kobietę pochylającą się nad jej mężczyzną życia, która na pewno go właśnie całowała, całkiem nie przejmując się tym, że ktoś może zobaczyć. 
Tego było już za wiele. Żanetka zerwała się i pobiegła wprost po swoje rzeczy, by jak najszybciej wrócić do domu. Przez myśl jej wprawdzie przeszło, że ktoś jej może jeszcze do czegoś potrzebować, ale to wcale nie powstrzymało jej rąk przed pośpiesznym pakowaniem własnych klamotów ani nóg przed wyprowadzeniem jej z budynku. 
Jacek nie zadzwonił do niej do końca dnia, więc można było uznać, że nie była nikomu potrzebna. Ot, niepotrzebna, płaczliwa Żanetka.
Dorotka jej w ogóle nie rozumiała, tego była pewna. Zadzwoniła do przyjaciółki, bo miała problem, a Dorota, jako ta bardziej doświadczona w sprawach damsko-męskich, była odpowiednią osobą, by go rozwiązać. Tak przynajmniej Żaneta myślała jakieś dwadzieścia minut temu, nim Sędłak (teraz to już Wolińska) zaczęła tyradę o tym, że nie można planować sobie życia z kimś, o kim się nic nie wiedziało. Żaneta się z nią całkiem nie zgadzała, bo przecież znała Krystiana. Wiedziała, jaką kawę pija co rano, jaki rozmiar buta nosi, w jaki sposób targa włosy, gdy nie może sobie z czymś poradzić, że ma słabość do Milky Wayów – Żaneta go znała, to Dorota nie chciała tego zaakceptować.
— Basiu, naprawdę, jest po północy, Marcin już mi jęczy, żebyśmy poszli spać. Teraz wydaje ci się, że to koniec świata, ale jutro będzie nowy dzień. Piękny, dający nowe możliwości dzień, który wykorzystasz sobie na znalezienie kogoś innego, lepszego.
— Nie chcę nikogo innego — odpowiedziała butnie. Chciała jedynie Krystiana „Jezusa” Papieża.
— Świat tak naprawdę nie ogranicza się do jednego faceta.
— Poznałaś się z Marcinem w liceum i od tamtej pory cały czas jesteście razem. Miłość od pierwszego wejrzenia, Dorota. Ja też tego chcę. Zakochać się w kimś i spędzić z nim całe życie.
Dorota westchnęła po drugiej stronie telefonu.
— Widać miałam więcej szczęścia niż ty, Basiu. Muszę kończyć, buziaki. 
Żaneta spojrzała na wyświetlacz ze złością i odrzuciła telefon na drugi koniec łóżka. Odbił się jednak od materaca i spadł na podłogę, ale w ogóle się tym nie przejmowała. Objęła nogi rękami. Po co komu taka przyjaciółka, która zamiast doradzić, proponuje zrezygnować z najwspanialszego mężczyzny na świecie. Jasne, Dorota miała szczęście z tym swoim Marcinem, że głupek ją kocha mimo wszystko i wybaczył jej każdą zdradę, która zdarzyła im się przez te wszystkie lata bycia razem, wcale nie musiała tego Żanecie przypominać. 
Powinna sobie lepiej dobierać towarzystwo, pomyślała. Otaczała się ludźmi, którzy jej nie rozumieli, a na takich nie powinna tracić nerwów. Tak jak nie powinna tracić zdrowia na tę butelkę wódki, która stała naprzeciwko niej. 
Nigdy wcześniej nie piła tak mocnego alkoholu. Niby wychowała się na wsi i powinna przynajmniej znać smak bimbru, ale nigdy nie posmakowała niczego mocniejszego niż cydr. Tej nocy postanowiła to nadrobić, jednak nie mogąc znieść smaku wódki, dolała ją do herbaty. Wypiła jak dotąd dwa kubki z niesprecyzowaną ilością alkoholu, ale i tak czuła, jakby to było za wiele. Mimo to wzięła ze sobą butelkę i ruszyła w drogę do kuchni, by ponownie zagotować wodę.
Z jakiegoś dziwnego powodu Jola tym razem nigdzie nie wyszła, co Żanetę bardzo irytowało, bo w końcu chciała się upić do nieprzytomności i nie życzyła sobie świadków. Wpatrywała się w brzydki, srebrny czajnik, licząc na to, że woda się szybciej zagotuje, gdy Jolka niespodziewanie wyszła z pokoju z… koszem pełnym prania. 
Żaneta wytrzeszczyła oczy i w szoku przyglądała się współlokatorce, która jak gdyby nigdy nic wkładała brudne stringi do maszyny, nie przejmując się w ogóle godziną. A przecież ich pralka wyła niczym potępiona dusza i o pierwszej nad ranem Żaneta nie zamierzała słuchać jej jęków.
— Nie włączaj jej — zarządziła. 
Jolka tylko spojrzała na nią znudzona.
— Bo co mi zrobisz? Krzykniesz na mnie? — Niezrażona groźbami Żanety wcisnęła start. Pralka zawyła.
— Powiedziałam, żebyś jej nie włączała! 
Żanetka próbowała się zatoczyć w stronę Joli, ale średnio jej to wyszło, więc asekuracyjnie przytrzymała się blatu i zmierzyła kobietę – w swoim mniemaniu – karcącym spojrzeniem. Ta tylko wywróciła oczami i minęła ją w przejściu do kuchni.
— No proszę, ktoś się tutaj nieźle zabawia. Czyżby znudziło ci się bycie nudziarą, której nikt nie chce? — zapytała zaczepnie, a Żanecie oczy wypełniły się łzami na samo wspomnienie Krystiana.
— Nie mów tak.
— Jak? Że nikt cię nie chce? A ktoś chce? Spójrz na siebie – jesteś nudna, nie wychodzisz do ludzi, ubierasz się jak własna babcia i z nikim się nie spotykasz. Czy ty masz jakichkolwiek znajomych? Pewnie nie, takie porażki życiowe gadają tylko ze starymi zbokami po czterdziestce, którzy siedzą w internecie.
— Nie mów tak! — załkała Żaneta. — To nieprawda! Mam znajomych. Mam Dorotę i mam Romka, ale co ty możesz wiedzieć, przecież nawet mnie nie znasz! 
— Znam cię na tyle, by wiedzieć, że jesteś małą zdzirą, która wyżywa się na innych, gdy ma zły dzień, i w dupie ma ich uczucia…
— Przestań!
— Nie, słuchaj, co mam do powiedzenia!
Żaneta jednak nie chciała słuchać. Złapała za pierwszą rzecz, którą miała pod ręką – padło na butelkę z wódką – i uderzyła nią Jolę w skroń, rozlewając alkohol dookoła siebie, na szczęście nie rozbijając szkła. Jola nie miała czasu na reakcję. Uderzyła głową o kant stołu, który stał pod oknem, i ciężko zwaliła się na ziemię. Żaneta dyszała jak po maratonie, dalej trzymając Smirnoffa w dłoni, i popatrzyła na Jolę. Spod głowy kobiety zaczęła coś wypływać i nim Żaneta zrozumiała, co to mogło być, musiała wychylić się przez blat i zwymiotować do zlewu.
Z kolejnymi wymiotami przeniosła się do łazienki, gdzie spędziła czas do rana, zbyt przerażona, by wyjść i sprawdzić, co się stało z Jolą, ale gdy jej budzik zadzwonił równo o siódmej z sąsiedniego pokoju, stwierdziła, że nie ma co udawać i wygrzebała się spomiędzy toalety a umywalki. 
Jola leżała tam, gdzie ją zostawiła, i jedyne, co się zmieniło, to odcień jej skóry i wielka plama krwi przy głowie. Żaneta przeszła nad jej ciałem i wstawiła wodę na herbatę. Usiadła na krzesełku i zaczęła się zastanawiać, co powinna teraz począć.
Przez jakiś czas udawała, że nic się nie stało. Zrobiła sobie herbatę, dodała do niej cytryny, zalała musli mlekiem i zjadła, a czas płynął jej jak przez palce. W pewnym momencie nawet Jacek do niej zadzwonił, ale nie odebrała, ponieważ dobrze wiedziała, o co chodzi. Starała się cieszyć wolnym czasem, przechodząc nad ciałem Joli, jakby go tutaj w ogóle nie było, ale po czwartym telefonie od szefa postanowiła przeszukać szafki w kuchni. Po chwili znalazła pogniecione opakowanie jagodowych Lucky Stricke’ów, które Jola chowała właściwie nie wiadomo po co, a które Żaneta znalazła kilka dni wcześniej, gdy po cichu pożyczyła sobie soli.
Palić akurat umiała, Romek ją nauczył tuż po tym, gdy zaczęli ze sobą chodzić, i to był główny powód, dla którego babcia Aldona go nienawidziła. Zaciągnęła się głęboko, będąc gdzieś w połowie papierosa, i mruknęła w stronę rozłożonej na płytkach Joli, jakby chciała ją tym obrazić:
— Tylko wariat pierze stringi o pierwszej nad ranem. — Wydmuchała dym powoli. — I mam na imię Barbara, do jasnej cholery.
Jacek przestał dzwonić około dziesiątej. Żanecie to odpowiadało, chociaż musiała przyznać, że rytmiczne wibrowanie telefonu działało jakoś tak motywująco, gdy ciągnęła zwłoki Joli w stronę jej pokoju. 
Zdecydowała się ją włożyć do wersalki, a wersalkę wystawić przed śmietnik. Jeszcze nie wiedziała, co dokładnie z nią zrobi, bo przecież nie zostawi w środku miasta, ale na razie skupiła się nad tym, by w ogóle dociągnąć to ciało do punktu zero. Jak się później okazało, włożenie jej do środka było jeszcze trudniejsze, a samo przesunięcie mebla prawie że niemożliwe. Żaneta tego zdecydowanie nie zaplanowała zbyt mądrze i teraz sapała jak stary wodołaz, który zrobił rundkę wokół podwórka. 
Stanęła na równe nogi, by rozprostować krzyż i wtedy spojrzała na tablicę wiszącą w przedpokoju. Czerwoną pinezką przypięty był numer do Karola, który wprawdzie był hydraulikiem (a przynajmniej tak zakładała), ale istniała szansa, że pomoże jej z kanapą. Niewiele myśląc, wykręciła jego numer.
Karol nie był adonisem, co Żaneta przyjęła z pewną dozą zawodu. Był zwyczajnym gościem noszącym niemodne, proste jeansy i zwykłą białą koszulkę. Gdyby nie to, że spod rękawa wyglądał kawałek tatuażu, niczym nie odróżniałby się od swojego kolegi. 
— Przepraszam, że zawracam wam głowę, ale nie jestem w stanie sama jej wynieść.
— Jasne, to zrozumiałe. Uch, to kawał starocia — stęknął Karol, gdy na raz podnieśli z Wojtkiem wersalkę. 
— Uważajcie na siebie, jest cięższa, niż wygląda. 
Żaneta asekuracyjnie zeszła razem z nimi na dół i patrzyła, jak ustawiają wersalkę przy śmietniku. Obaj wyglądali, jakby mieli wyzionąć ducha, ale żaden nie chciał tego przyznać. Uśmiechnęła się nawet dość pobłażliwie, dalej nie rozumiejąc tej męskiej upartości. 
— Dziękuję.
— To przyjemność pomagać takiej pięknej kobiecie.
Karol może nie powiedział niczego oryginalnego, w końcu większość mężczyzn używała tego chwytu, a mimo to Żanecie zrobiło się od razu jakoś przyjemniej i cieplej na sercu. Uznała, że zasłużył na to, by się do niego uśmiechnąć, bo przecież ten uśmiech jej nie kosztował. Karol za to wyglądał tak, jakby święta i jego urodziny połączyły się w jedno, więc cel został osiągnięty. 
Mimo wszystko długo ich nie zatrzymywała. Po krótkiej gadce-szmatce, symbolicznej zapłacie za pomoc i dobrym słowie mężczyźni wsiedli do swojej furgonetki i odjechali, a Żaneta została przy tym śmietniku, siedząc na wersalce i zastanawiając się, co dalej. Musiała się jej stąd pozbyć, by żaden bezdomny nie zajrzał do środka i nie znalazł Joli.
Jak na kogoś, kto zabił swoją współlokatorkę, trzymała się nieźle, a może to były pierwsze objawy choroby psychicznej. Kto naprawdę wiedział. Żaneta zawsze uważała, że jest trochę nienormalna, ale nigdy nie podejrzewała, że skończy w ten sposób. Nie wymyśliła scenariusza na taką sytuację. 
Zdecydowała, że najłatwiej będzie, jeżeli zamówi firmę przewozową, która wywiezie kanapę. Najlepiej do ich letniskowego domu, a tam już ona sama zdecyduje, co z nią zrobić. 
Jak pomyślała, tak zrobiła. Musiała co prawda obdzwonić kilka firm, zanim ktokolwiek zgodził się przyjechać od zaraz, ale w końcu się udało. Wizja najbliższej godziny spędzonej przy śmietniku nie napawała jej entuzjazmem, ale co mogła począć? Zajęła się do relaksu przeglądaniem Fejsbuka, gdy usłyszała niepokojący dźwięk, coś jak płacz dziecka, który sprawił, że zawiązał się jej supeł w brzuchu. To nie mogła być Jolka – była martwa, a nawet gdyby jakoś odżyła, nie dałaby rady wydać z siebie takiego odgłosu. Pomyślała, że ktoś mógł wyrzucić dziecko do kontenera, przecież takie rzeczy się zdarzały, więc czym prędzej zerwała się z kanapy i obiegła śmietniki. 
Dziecko znalazła, problem w tym, że nie ludzkie. Spomiędzy kartonowych pudeł wyciągnęła kociaka. Bóg wie, jak tam się znalazł. Był brzydki jak bezgwiezdna noc listopadowa – miał futro w czarno-rudo-burym kolorze, łaty na całym ciele i nijakie, żółte ślepia – ale jego pisk, przypominający płacz dziecka, chwycił ją za serce.
— No już, już, mama jest tutaj. — Przytuliła go do piersi i przykryła połami bluzy. — Nie masz co płakać.
Kocię nie wiedziało, co powinno zrobić, więc schowało się całkiem przed światem. Żaneta tylko westchnęła i przytuliła je mocniej do siebie. Spojrzała na wersalkę i poczuła się bardzo zmęczona. Nie było w tym nic dziwnego – miała kaca, nie spała całą noc, wrzuciła martwe ciało do wersalki, straciła prawdopodobnie staż i perspektywy na życie – każdy by się zmęczył. 
— Wiesz co? Mam ochotę na dobrą kawę z mlekiem. Ty pewnie też jesteś głodny, co?
Skoro w życiu jej nie wyszło, to postara się przynajmniej, by życie tego kociaka było lepsze. Jedyne, co miała mu do zaoferowania, to resztka mleka, dwa plasterki wędliny i bezwzględna miłość, ale dachowiec nie wyglądał na takiego, który by narzekał. Tego chyba jej było trzeba, kochać kogoś, komu by to w ogóle nie przeszkadzało.
Kotek wypił całą miseczkę mleka i nie uronił przy tym nawet kropli. Żaneta zabrała go ze sobą do swojego pokoju i umościła się z nim wygodnie w pościeli. Położyła sobie laptopa na kolanach i odpaliła. Zanim dobrze się włączył, upiła kilka leniwych łyków kawy, żałując trochę, że nie ma w mieszkaniu takiego ekspresu jak w pracy. Pokusiłaby się wtedy o mokkę, a nie rozpuszczalnego Jacobsa z dwuprocentowym mlekiem.
Czekały na nią zaległości w serialach. Nie żeby ostatnimi czasy miała problemy ze znalezieniem czasu na jeden czterdziestominutowy odcinek, dwa, a ewentualnie siedem, ale wydawało jej się to wtedy stratą czasu. Nie miała też nastroju na żadne poważniejsze serie, a kolejne oglądanie Glee uważała za dziecinne, więc ostatecznie nie brała się za nic. 
Tym razem nic nie stało na przeszkodzie w kibicowaniu Kurtowi przy jego comming oucie. Wręcz z zapartym tchem oglądała scenę między nim a jego dręczycielem, czuła całe to napięcie, które się pomiędzy nimi wytworzyło i czekała na ten ostateczny moment w ogromnym stresie, gdy ktoś zadudnił w drzwi, jakby chciał je wyważyć.
— Otwierać, policja!
— Jeszcze chwilę!
Karofsky pocałował Kurta, a Żaneta, niczym nastolatka, krzyknęła podniecona, wręcz zakłócając huk wyważanych drzwi. Och, jak ona kochała ten serial!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz